Kaczyński się kończy
Jarosław Kaczyński zwymyślał w Sejmie Romana Giertycha od morderców. Sejmowa ekipa PiS urządziła spektakl bezprzykładnej histerii i obłudy, wykrzykując oszczerstwa, jakoby winne śmierci Barbary Skrzypek było agresywne w formie i przebiegu przesłuchanie jej przez prok. Ewę Wrzosek. Wiadomo, że to nieprawda, a zresztą do przesłuchania wcale by nie doszło, gdyby nie oczywiste nadużycia, które popełnił Kaczyński względem Geralda Birgfellenera.
Kaczyński na jakimś poziomie musi sobie uświadamiać, że to jego cynizm i wyzywający amoralizm, jakim popisał się w sprawie dwóch wież, gdy w jednej rozmowie temu samemu człowiekowi odmówił zapłacenia za wykonane prace i zażądał łapówki „dla księdza”, był praprzyczyną dramatu. Gdyby nie on, Barbara Skrzypek nie musiałaby zeznawać w prokuraturze. Gdyby nie „oczekiwania”, które miał w stosunku do niej w związku z mającym nastąpić przesłuchaniem, p. Skrzypek z pewnością nie musiałaby się aż tak nim stresować. Gdy nie ma się nic do ukrycia i nic do zamącenia, człowiek nie boi się zeznawać.
Barbara Skrzypek pewnie jednak się bała. Tym bardziej że próbowano wysłać ją na przesłuchanie w obstawie osobistego prawnika Kaczyńskiego. Z całą pewnością nie po to, aby przypominał p. Skrzypek, aby mówiła prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, wysilając przy tym swą pamięć, jak tylko się da.
Kaczyński najwyraźniej jest przytłoczony i zdewastowany przez zaistniałą sytuację. Wypierane wyrzuty sumienia, kłamstwa i oszczerstwa, w które stara się w poszukiwaniu spójności i komfortu emocjonalnego wierzyć, ogólne poczucie klęski i paroksyzmy frustracji przechodzącej w agresję – taki splot doznań i reakcji rządzi dziś jego wyniszczoną i coraz bardziej dysfunkcyjną, zapadającą się w bezradność osobowością.
Chamskich, agresywnych zachowań w wykonaniu Kaczyńskiego widzieliśmy wiele. Ilekroć robi coś bardzo złego, ucieka w wyparcie i samoobronną agresję. Tak było z okazji „puczu”, gdy nielegalnie przyjęto budżet w sali kolumnowej Sejmu, tak było z „mordami zdradzieckimi”, gdy trzeba było nadać jakieś pozory sensu cynicznej legendzie o rzekomym tusko-putinowskim „mordzie smoleńskim”, tak też było w groteskowym przemówieniu w stylu latynoamerykańskiego watażki, gdy wzywał chuliganerię do „obrony kościołów”.
Jednakże tym razem Kaczyński nie jest w tym wszystkim silny, lecz słaby i żałosny. Ostatnio posunął się nawet do podważania wpływu człowieka na ocieplenie klimatu. Wygląda na to, że nie ma już takiej ciemnogrodzkiej bzdury i takiego narodowo-klerykalnego mitu, którego nie byłby gotów głosić. Nie dlatego, żeby akurat wierzył w te czy inne bzdury, lecz dlatego, że odróżnienie prawdy od fałszu w jego głowie już nie funkcjonuje. Gdy musisz ratować rozpadającą się osobowość i swoją pozycję, prawdą staje się to i tylko to, co pozwala zrealizować ten cel.
Ranny lew dużo ryczy, lecz nie staje się od tego mocniejszy. Kaczyński przykrywa swoją słabość i frustrację inwektywami, groźbami i wyzwiskami, ale nie wydaje się przez to ani pewny siebie, ani silny. Widać jak na dłoni, że za agresją kryją się lęk, bezradność i rozpacz.
Kaczyński już wie, że nie będzie rządził ani Polską, ani nawet swoją partią. Tym razem to już naprawdę kwestia roku czy dwóch. Zbłaźnił się przed własnymi kadrami, wystawiając groteskowego Nawrockiego w wyborach prezydenckich. Nikt już więcej nie uwierzy w jego nieomylność. Nawet dla wyznawców stało się jasne, że „prezes się kończy”.
I kończy się bardzo nieładnie. Nie wyznaczy swojego następcy, który wkrótce zostanie premierem. Nie odejdzie w chwale. Za to zdąży jeszcze złożyć wizytę w kilku prokuraturach, a może i sądowych salach. Wszak długi serial sądowych rozliczeń z ludźmi PiS i SP dopiero się zaczyna. A do tego ta katastrofa z Trumpem. Jak długo można robić dobrą minę do złej gry i udawać, że Trump sprzyja Ukrainie i jest pewnym sojusznikiem Europy i Polski? W to już nawet na Podkarpaciu nie wierzą.
Co więc zostaje Kaczyńskiemu? Wyborcy wymierają, młodzi idą „do Mentzena”, partia okazała się stadem kombinatorów (by użyć eufemizmu), a Donald Tusk rządzi w najlepsze, pełen wigoru i jak najlepszych politycznych perspektyw w niepewnych i trudnych czasach. Antyniemieckość większość Polaków śmieszy i irytuje, oprotestowywanie unijnych inicjatyw obronnych gołym okiem wygląda jak taniec do kremlowskiej muzyczki, a retorykę antyimigrancką i „antyzielonoładową” ekipa rządząca z wdziękiem przejmuje z topornych rąk propagandzistów PiS.
I co zostaje? Tylko ów mityczny „twardy elektorat”, który wiecznie trzeba „mobilizować”. Jednakże tym razem jest już ten elektorat nie tylko twardy, lecz i wiekowy. W dodatku zaś przestał słuchać Radia Maryja. A TV Republika to już nie to samo. Nad głównymi mediami polskiej alt-prawicy Kaczyński nie ma już kontroli. Grają w swoją grę, w której Kaczyński jest już co najwyżej jedną z rozgrywanych figur.
Piszemy o tym, co ważne i ciekawe
Ja się żegnam
Już nie ma Polski. Przynajmniej takiej, o jakiej myśli PiS. Nie robimy wszystkiego dla ojczyzny – mówi Jan Englert, aktor i reżyser, wieloletni dyrektor artystyczny Teatru Narodowego.
Kończy się nam Kaczyński, ale może jeszcze za nim zatęsknimy. W końcu to nie klasyczny dyktator, ale „freak”, i to na swój sposób poczciwy. Oprócz gniewu okazjonalnie wzbudza coś w rodzaju czułej sympatii. Przecież jest taki nieporadny, nieprzystosowany, prawda? Osobą z takimi deficytami trzeba się opiekować – taki mamy odruch.
Jednakże ktokolwiek go zastąpi, będzie już zwykłym cwaniakiem. Również cynicznym, również pozbawionym moralnych skrupułów i gardzącym prawdą. Ale jednak zwyczajnym. Tak jak zwyczajnym, bo sprawnym i silnym człowiekiem, jest np. Mateusz Morawiecki. I gdy taki zwyczajny zdeprawowany i skorumpowany polityk populista zostanie zarządcą schedy po Jarosławie Kaczyńskim, to z pewnością zrobi się nam trochę markotnie.