Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Loose blues - Jana Hartmana zapiski nieodpowiedzialne Loose blues - Jana Hartmana zapiski nieodpowiedzialne Loose blues - Jana Hartmana zapiski nieodpowiedzialne
Kościół

11.07.2020
sobota

Nie wolno „dialogować” z Kościołem!

11 lipca 2020, sobota,

Długie są tradycje wzajemnych uprzejmości między ludźmi lewicy a Kościołem katolickim. Tradycje polskie i nie tylko. Ileż tego było, nawet przed wojną. A wszystko pod panowaniem dogmatu, któremu na imię „dialog”. Rzekomo zawsze i ze wszystkim trzeba rozmawiać – aby się porozumieć albo przynajmniej „pięknie się różnić”. Bo „zgoda buduje, a niezgoda rujnuje”. Bo jedność jest wartością nadrzędną, a spór i konflikt zawsze są złe i zawsze winne mu są obie strony, które nie chcą wyciągnąć do siebie ręki. Bo „prawda zawsze leży pośrodku”.

Ideologia Wielkiej Zgody i Wielkiego Szacunku pojawiła się gdzieś w połowie XX w. w środowiskach żydowskich teologów z Francji i Niemiec, a potem rozeszła się po uniwersytetach i kościołach. To długa historia, której nie warto tu opowiadać. Ważne, że ideologia ta karmi się nihilizmem i hipokryzją, na które XX w. dał przyzwolenie w imię zachowania pokoju.

Dlatego przestało mieć znaczenie, kto drań i idiota, kto ma słuszność, a kto gada bzdury. Przestało mieć znaczenie, kto jest szczery i racjonalny, a kto zakłamany i zabobonny. Kto umie dyskutować i chce dyskusji, a kto jedynie pragnie narzucać innym swe dogmaty jako „dobrą nowinę”, „oczywistość” czy inne „prawo naturalne”. Wszystko ujdzie, byleby tylko obłudnie schlebiać samej ideologii niekończącego się dialogu i brać udział w rozmowach o niczym oraz w „dialogicznych” rytuałach składania sobie wyrazów szacunku. Przestała się liczyć prawda i przyzwoitość, a pokój i spokój stały się wszystkim. Kto nie chce dialogu, jest gorszy od „dialogującego” ciemniaka, hipokryty i fundamentalisty. A nawet od członka przeżartej potwornymi patologiami organizacji, dającej sobie moralne prawo do wyłudzania od ludzi pieniędzy w zamian za zaświatowe raje tylko dlatego, że jej funkcjonariusze rzekomo sami w te bajki wierzą.

Czy spotkaliście księdza, który bez oburzenia lub przynajmniej wyższości wypowiadałby się o ludziach niebędących katolikami, a namawiających innych do podążania za ich przewodnictwem duchowym jako niezbędnym warunkiem zbawienia? Kościół nazywa ludzi, którzy naśladują jego styl działania i model biznesowy, „sekciarzami” i wyraża się o nich z największą pogardą. Podzielam to stanowisko, tylko jako osoba uczciwa i racjonalna obejmuję nim również Kościół rzymskokatolicki. Nie dzielę manipulatorów na lepszych i gorszych, bo szanuję wszystkich ludzi i do wszystkich przykładam tę samą miarę, gdy przychodzi do formułowania ocen moralnych.

Nie ma żadnego „porozumienia ponad podziałami”. Istnieje za to ekskluzywna, dostępna tylko nielicznym, wytrenowanym w tym intelektualistom umiejętność prowadzenia racjonalnej dyskusji w dobrej wierze, z zachowaniem warunków takiej komunikacji, do których należy szczera gotowość do zmiany przekonań (także podstawowych) w wyniku zapoznania się z argumentami oponentów. Nie muszę chyba tłumaczyć, że wyznawcy religii dogmatycznych, takich jak chrześcijaństwo czy islam, z natury rzeczy niezdolni są do spełnienia nawet najbardziej podstawowych warunków wolnej i racjonalnej dyskusji. Ich deklaracje, że na takie dyskusje się piszą, są warte tyle samo co ich zapewnienia o szacunku dla „inaczej myślących”, którzy wszak kiedyś będą musieli przyjąć prawdzie objawienie i prawdziwą wiarę.

Nie, nie z każdym się rozmawia. Nie rozmawia się z kimś, kto z góry wyklucza zmianę przekonań. Nie rozmawia się z przestępcami i osobami tkwiącymi w strukturach przestępczych i lojalnymi wobec nich. Nie rozmawia się z kłamcami w żywe oczy zaprzeczającymi faktom i wypierającymi się odpowiedzialności za swoje oczywiste zawinienia. Po prostu nie gada się z draniami.

Organizacją, z którą nie wolno prowadzić „dialogu” czy w ogóle komunikować się w sposób przyjęty między kulturalnymi ludźmi, to znaczy z pewną dawką kurtuazji, jest Kościół katolicki. I to nie dlatego, że niektórzy księża i biskupi posługują się mową nienawiści, posuwając się nawet (jak pan Jędraszewski) do otwartego rasizmu („jeśli biali ludzie nie uznają tego, kim są biologicznie, za 50 lat będą trzymani w rezerwatach”); nie dlatego, że ich ideologia jest odrażająca w swej pysze, zacofaniu i dyskryminowaniu wszystkich i wszystkiego, co nie jest posłuszne woli organizacji (w szaleństwie tej pychy przedstawianej jako wola wszechmocnego bóstwa, które podobno ma w niej jakieś osobliwe upodobanie). To wszystko można by jeszcze znieść – byle tylko nie narazić się na straszliwy zarzut nietolerancji.

Więc nie chodzi o te potworne nieraz rzeczy, które wygadują księża. Chodzi o to, co robi ich firma. Czym się zajmuje, na czym zarabia, jak się rozlicza, jaki ma stosunek do przestępstw popełnianych przez swoich pracowników. I nie ma tu żadnego znaczenia, czy w danym wypadku chodzi o kogoś tak oszalałego z nienawiści jak wspomniany Jędraszewski, czy też o bardzo miłego i przyjaznego księdza – liczy się wyłącznie to, dla kogo pracują i na czyją rzecz działają. Podobnie ma się sprawa z ludźmi wspierającymi finansowo takie organizacje. Osoby otwarcie współpracujące ze strukturami przeżartymi korupcją i przestępczością, a w dodatku chroniącymi przestępców przed odpowiedzialnością karną, nie zasługują na zaufanie – bez względu na to, jak postępowe bywają ich wypowiedzi na różne tematy.

Jeśli ktoś płaci datki na Kościół, bierze odpowiedzialność za tę organizację i jej czyny. Czy może nie? Jakiś argument na rzecz zachowania honoru i twarzy przez osobę wpłacającą pieniądze na organizację, która nawet nie próbuje już wypierać się zbrodniczej przeszłości, masowej pedofilii i systemowego jej ukrywania, prania brudnych pieniędzy na gigantyczną skalę itd.? Ja takiego argumentu nigdy nie słyszałem, ale jestem gotów zmienić zdanie, jeśli dobry argument się pojawi. Bo wolni ludzie mogą zmieniać zdanie w każdej sprawie.

Czy mój język jest językiem wykluczenia? Tak, i jestem z tego dumny. To, że liczni polscy biskupi zamiast pisać do prokuratorów, przenoszą księży pedofilów do innych parafii, wystarczyłoby aż nadto, żeby nie zaliczać polityków wspierających Kościół do grona ludzi honoru. Nie należy wszelako sądzić, że kwestia systemowej pedofilii w Kościele jest ważniejsza od wszystkich innych moralnie nieakceptowalnych czynów i doktryn Kościoła. Popieranie Kościoła z całą pewnością nie spełnia „warunków brzegowych dialogu” i zarzucanie nietolerancji i dogmatyzmu komuś, kto broni elementarnych zasad przyzwoitości i praworządności w życiu publicznym, jest przewrotne i nieuczciwe.

To, że deklaruję tolerancję dla ludzi opowiadających haniebne bzdury, nie znaczy, że rezygnuję z prawa do nazywania bzdur bzdurami. Tym bardziej że ci, którzy je głoszą, do ostatniego dnia, gdy było to możliwe, swoich oponentów torturowali i mordowali, a dziś lżą ich podle, w dodatku z obłudnym wyrazem „troski” na twarzach. Nie, nie rezygnuję z prawa nazywania rzeczy po imieniu. Ideologia dialogizmu, obok innych bredni, zakłada również to, że wszystkie przekonania, w tym wszystkie przekonania religijne, są (no, może z małymi wyjątkami) moralnie dopuszczalne.

Otóż nie. Są przekonania głupie, wykluczające, oparte na poczuciu wyższości, protekcjonalne itd. Wszystkie takie opinie są niemoralne i zasługują na moralne potępienie. I tak np. katolicka doktryna mówiąca o darach Ducha Świętego, który wraz z chrztem wyposaża chrześcijanina w nadzwyczajne i niedosiężne dla niewiernych cnoty, a więc przekonanie o moralnej wyższości wyznawców chrześcijaństwa nad nieoświeconą i błądzącą większością ludzkości, jak sądzę, budzi we mnie nie mniejszą odrazę moralną i zniechęca mnie do wszelkich kontaktów z chrześcijanami, jak ich odstręcza ateizm czy negowanie dziewictwa Maryi. W tym jesteśmy z chrześcijanami bodaj podobni – z ludźmi, którzy z góry przyjmują, że mają nad nami przewagę moralną, a w dodatku wszystko wiedzą najlepiej, bo od samego Boga, nie mam ochoty wdawać się w dyskusje.

Dyskutować można bowiem wyłącznie z tymi – powtórzmy raz jeszcze – którzy mogą zmienić pod wpływem takiej dyskusji zdanie. Katolików obowiązuje doktryna, więc o dialogu spełniającym ten elementarny warunek w ogóle nie może być mowy – do rozmowy prowadzonej w dobrej wierze nie są zdolni z powodów zasadniczych. Czyliż mieliby zmienić zdanie odnośnie do owego dziewictwa Maryi albo wyższości chrześcijaństwa nad judaizmem? Wolne żarty.

Niestety, złe wzorce się upowszechniają i dogmatyzm oraz zatwardziałość dotyczy nie tylko wyznawców religii opartych na dogmatach i doktrynach, lecz również formacji ideowych, w tym lewicy. Wstyd. Na szczęście prostota serca i uczciwość intelektualna są jak taran rozwalający wszelkie chore systemy – religijne i świeckie.

Tak, pamiętam, że istnieją księża katoliccy, którzy jawią się jako ludzie mili, mądrzy i otwarci. Choćby ks. Adam Boniecki, a z nieżyjących ks. Józef Tischner. Tyle że są członkami struktury Kościoła rzymskokatolickiego i czym więcej czynią dobrego, tym więcej dostarczają materii na woal niewinności, jakim Kościół stara się przykryć swoje grzechy, łagodząc je i umniejszając w społecznym odbiorze. Polacy – nawet ci światli – na ogół tego nie rozumieją, szukając każdej okazji, by powrócić do słodko naiwnego, służalczego rozanielenia w obcowaniu z księdzem, którego nauczono ich w dzieciństwie. Wystarczy, żeby jakiś ksiądz okazał jakieś ludzkie cechy i powiedział coś neutralnego, a już można odtrąbić wielkie zwycięstwo nieśmiertelnej idei chrześcijańskiej!

W konsekwencji Polacy, nawet ci uwolnieni od moralnego i finansowego uwikłania w Kościół rzymskokatolicki, są zupełnie nieodporni na zawłaszczanie i zniewalanie kraju przez tę obcą, śmiesznie strojącą się w piórka lokalności, polityczną strukturę.

Tymczasem między interesem Kościoła a interesem Polski zawsze była i jest fundamentalna sprzeczność. Tylko raz, w 1410 r., udało się dać łupnia krwiożerczemu państwu kościelnemu ze stolicą w Malborku, lecz efekt był połowiczny i krótkotrwały. Poza tym jednym przypadkiem nie odnotowaliśmy sukcesów w wybijaniu się na niezależność od Rzymu i dopiero nasze czasy stwarzają na to nadzieję. Jednakże wciąż popularne w Polsce głosowanie na partie rzucające się do nóg dobrodziejów w sutannach i noszące im wory naszych pieniędzy z pewnością do suwerenności Polski w stosunku do Watykanu, mającego ambicje wpływania – za pośrednictwem lojalnych biskupów – na obowiązujące w Polsce prawo i cieszącego się gwarantowanymi w polskiej konstytucji (nakazującej zawarcie konkordatu) przywilejami, się nie przyczyni.

Ale kogo w Polsce obchodzi suwerenność względem Watykanu! Większość Polaków jest tak zaślepiona i zindoktrynowana, że sprawę wtrącania się Rzymu za pośrednictwem jego agentów w sutannach do polskiego prawa i polskiego życia publicznego uważa za dziwaczny jakiś wymysł, „temat zastępczy”, a nawet „absurd”. No, zupełnie tak samo jak w czasach zaborów. Ale wtedy było te 20-30 proc. ludzi, którym zabory przeszkadzały. I ci ludzie właśnie walczyli o Polskę i ją wywalczyli. Wolność od upodlającej subordynacji względem Rzymu też będzie dziełem mniejszości. Jak wszystko, co szlachetne.

Tak więc nie dajmy sobie zamydlić oczu urokiem Tischnera i paru innych sympatycznych księży ani też niewątpliwym wdziękiem niektórych katolickich polityków. I nie dajmy się zwieść nieustającym deklaracjom o miłości bliźniego i przesłaniom pokoju, którym zaprzecza niemal cała krwią pisana historia Kościoła. Zło prawie zawsze ubiera się w piękne szatki i ckliwe śpiewa piosenki. I nie udawajmy, że wiara jest czymś tak osobistym i intymnym, że nie można o nią nikogo zaczepiać. Można, bo przekonania religijne nie są moralnie i politycznie obojętne – zresztą to właśnie na ich podstawie wyznawcy chrześcijaństwa czy islamu oceniają moralność innych, w tym wyznawców innych religii i niewierzących.

I nie sądźmy, że wywalczona krwią liberałów wolność religijna oznacza, że nikt nie powinien być z powodu swych przekonań religijnych poddawany ocenie w życiu publicznym. Religia ma znaczenie publiczne, o czym zresztą najgłośniej przypominają sami wierzący, a wśród nich biskupi. Jan Paweł II nawoływał, by katolicy nie lękali się i otworzyli na oścież drzwi zbawczej władzy Chrystusa, w tym granice państw i systemy polityczne. To najbardziej znana, lecz tylko jedna z wielu jasnych deklaracji Kościoła, że nie życzy sobie wolnej, demokratycznej republiki, szanującej pluralizm światopoglądowy i neutralnej względem wszelkich wyznań, lecz przeciwnie – państwa, którego ustrój i prawo odzwierciedlają fundamentalne przekonania Kościoła, uważane przez niego za niepodważalne, uniwersalne prawdy.

Również krzyż w Sejmie, zgodnie z deklaracją katolickich posłów, ma przypominać, aby kierowali się w stanowieniu prawa zasadami „prawa bożego”, mimo że konstytucja im tego zabrania, gwarantując, że władza publiczna nie będzie kierować się żadną z religii. Nie łudźmy się więc, że katolickość premiera czy prezydenta w zasadzie nic nie znaczy. Gdyby katolicki prezydent podpisywał ustawy niezgodne z życzeniem Kościoła, sprzeniewierzały się lojalności względem tegoż Kościoła, a tym samym względem obcej monarchii, jaką jest Stolica Apostolska.

Nie ma nawet mowy o pełnej lojalności prezydenta czy premiera wobec świeckiego i neutralnego religijnie państwa polskiego, jeśli musi być ona łączona z lojalnością względem Stolicy Apostolskiej. Interesy obu państw bardzo często są bowiem rozbieżne.

Polska jest jedynym dużym krajem europejskim, w którym stosunki z Kościołem nigdy nie zostały uregulowane w sposób otwarcie mierzący się z kwestią suwerenności i niepodległości państwa względem Kościoła, który przecież (z własnej woli) jest nie tylko związkiem wyznaniowym, lecz jednocześnie obcym państwem. Świadczy to o głębokiej niedojrzałości naszego pojmowania niepodległości. Jest czymś uderzającym, że nigdy nie zakwestionowano z moralnego i prawnego punktu widzenia faktu, że obywatel polski został monarchą obcego państwa, a następnie podpisał z własną ojczyzną traktat nakładający na nią bardzo poważne i niesymetryczne zobowiązania.

Coś, co jest wszędzie na Zachodzie oczywiste, czyli konieczność uwzględnienia zagranicznego statusu Kościoła w kształtowaniu stosunków, jakie ma z nim każde z państw, w Polsce jest tematem tabu, a nawet więcej – w ogóle nie jest jeszcze tematem. Nastąpił tu wręcz regres, bo jeszcze przed wojną powszechnie rozumiano i pamiętano o tym, że biskupi w pierwszym rzędzie lojalni są względem papieża i Stolicy Apostolskiej, wobec czego odbierano od nich przysięgę wierności Rzeczypospolitej.

Dziś natomiast zapanowało infantylne i kłamliwe wyobrażenie, że Kościół katolicki jest instytucją rodzimą, polską, choć przecież ani doktryna, ani prawo kanoniczne, ani prawo polskie nie kwestionuje państwowej suwerenności Kościoła, którego polskie podmioty prawne są wprawdzie nie de iure, lecz de facto eksterytorialne.

Równie naiwne jest przekonanie, że to księża popełniają przestępstwa, a Kościół jest w ogólności dobry i potrzebny, gdyż fundamentalne idee chrześcijaństwa są niepodważalnie piękne. Warto przypomnieć wobec tego najważniejszą ideę chrześcijaństwa. Głosi ona, że kiedyś wszystkie ludy wyrzekną się swoich religii i kultur, że nie będzie już buddystów ani wyznawców islamu, bo wszyscy nawrócą się na wiarę w Jezusa Chrystusa, który zaprowadzi na ziemi Królestwo Boże. Kto zaś nie pójdzie drogą jedynej prawdziwej wiary, ten nie wejdzie do tego królestwa, a za to zostanie zesłany do piekła.

Dlatego od początku swego istnienia Kościół powiada ludziom: przyłącz się do nas, bo gdy to uczynisz, znajdziesz się w niebie; jeśli zaś poniechasz, pójdziesz do piekła. Taka jest doktryna i praktyka, a jako że jest to szokujące, od kilku dekad niektórzy księża próbują ją jakoś relatywizować czy ukrywać. Powtórzmy więc dobitne: chrześcijanie, a w ich liczbie katolicy, twierdzą, że wszyscy inni będą musieli się nawrócić; kto zaś tego nie uczyni, zostanie na wieki wieków potępiony; zdarza się od kilkudziesięciu lat, że niejeden katolik odżegnuje się od tej doktryny – wtedy jednak jest oczywistym odstępcą i „heretykiem”.

Akceptacja dla istnienia demokratycznych państw, wolności religijnej itd. to dla Kościoła jedynie „mądrość etapu” – w przyszłości, gdy wszyscy ludzie staną się Kościołem, ani demokracji, ani wolności, ani tolerancji dla pluralizmu światopoglądowego nie będzie. Czy to taka piękna idea? Czy da się etycznie zaakceptować mamienie ludzi wizją raju dla chrześcijan i szantaż moralny: jeśli odrzucisz ofiarę Chrystusa, który cierpiał za twoje grzechy, słusznie zostaniesz zesłany do piekieł? Niechaj każdy sobie sam odpowie.

Trudno się dziwić – wobec tak zmasowanej propagandy – że kiedyś nawet światli ludzie wyobrażali sobie, iż historyczny bilans katolicyzmu jest pozytywny, to znaczy, że Kościół uczynił więcej dobrego niż złego. Sam tak myślałem! W końcu przecież poszedłem studiować na KUL, mimo że byłem niechrzczonym ateistą. Czy jednak wtedy mogłem cokolwiek wiedzieć? Winy Kościoła to były dla mnie jakieś sprawy zamierzchłe – jakieś krucjaty czy inne inkwizycje. Nie miałem pojęcia o tysiącletnim systemie terroru stworzonym przez Kościół – z powszechną inwigilacją, obowiązkowymi hołdami składanymi władzy, niewolniczą pracą na rzecz Kościoła, karaniem torturami i śmiercią za każde odstępstwo.

Nie wiedziałem, że każdy element XX-wiecznego totalitaryzmu był rozwinięciem pradawnych praktyk Kościoła, łącznie z trzymaniem Żydów w gettach i piętnowaniem ich opaskami. Nie wiedziałem, że ustawy norymberskie to kopia XIX-wiecznych praw obowiązujących w państwie kościelnym. Itd. Kto miał mi o tym powiedzieć? A kto miał mi powiedzieć, że rektorzy KUL współpracują z SB, zaś przed wojną mój uniwersytet był siedliskiem najzajadlejszego antysemityzmu?

Gdybym wiedział te i setki innych rzeczy, nie poszedłbym na KUL. Trudno mnie jednak winić. Miałem styczność wyłącznie z katolicką propagandą. Żyłem mitem Kościoła wspierającego w czasach zaborów aspiracje niepodległościowe Polski (jest to kłamstwo wyjątkowo zjadliwe) oraz wyobrażałem sobie, że Kościół pomaga opozycji demokratycznej. Kto miał mi wtedy uświadomić, że księży kapusiów jest wielokrotnie więcej niż księży udostępniających zakrystie na spotkania opozycyjne? Itd. Ale dziś już wiem.

I właśnie na tym polega różnica. Dziś ignorancja nikogo nie już nie usprawiedliwia. Od kilku lat wszyscy mamy dostęp – na wyciągnięcie ręki – do świetnie udokumentowanych prac naukowych, materiałów dziennikarskich, źródeł historycznych i raportów instytucjonalnych (także kościelnych), dezawuujących potworności, jakich dopuszczał się Kościół dawniej i całkiem niedawno. Jeśli jakiś katolik, np. katolicki polityk, nie wie i nie chce wiedzieć, jak po wojnie Watykan przerzucał do Ameryki Południowej setki zbrodniarzy nazistowskich, ukrywając ich w klasztorach i wyposażając w dyplomatyczne papiery, to jego sprawa.

Ale dlaczego mielibyśmy z kimś, kto wspiera taką organizację, „dialogować”? A co powie miłujący bliźniego i rzucający na tacę polityk „konserwatywny” o zamęczonych przez irlandzkie zakonnice tysiącach dzieci? Solidaryzuje się z nimi? A o stałej, ugruntowanej (i świetnie udokumentowanej) współpracy Kościoła z mafią i notorycznym praniu brudnych pieniędzy? A o ruandyjskim ludobójstwie z udziałem księży? A o masowej pedofilii, której żaden kościelno-rządowy raport w żadnym z krajów nie doliczył się mniej niż 4 proc. populacji księży (i to tylko na podstawie dokumentów)?

No chyba nie będzie opowiadał, że katedry, że przytułki, że młyny, że uniwersytety? A może powie: „no przecież papież przeprosił”. I co, może przeprosiny coś załatwiają, umniejszają winę? Przeprosiny, za którymi nie idzie powtarzająca się ekspiacja, szczery i nieustający żal, starania o jak najpełniejsze zadośćuczynienie ofiarom i ich potomkom, a także najdalej posunięta i surowa powściągliwość w przybieraniu tonu moralnego mentora, warte są tyle co szyderczy śmiech. Gdyby Kościół katolicki dokonał samorozwiązania i uznał wyższość nad sobą innych Kościołów, nienaznaczonych zbrodniczą przeszłością, wtedy można by sądzić, że w jego wymuszonych przeprosinach jest jakieś ziarno szczerości.

Miliony ludzi oddało życie za to, żeby Kościół rzymski nie mógł już zabijać „heretyków” i „niewiernych”. Ofiary to zresztą w przytłaczającej większości chrześcijanie – uczestnicy wojen religijnych. Przez pamięć ludzi, którzy w ciągu minionych stuleci doprowadzili nas do ustroju gwarantującego wolność sumienia i wyznania oraz broniącego przed torturami i stosem tych, którzy podpadną biskupom, przez szacunek dla ofiar niekończącego się, wiekami liczonego terroru – po prostu uczyńmy to, co najłatwiejsze, minimalne i najmniej kosztowne: nie okazujmy akceptacji i kurtuazji tym, którzy dobrowolnie finansują i wspierają tę organizację.

To jest minimum przyzwoitości, na jakie powinno być stać każdego człowieka mającego sumienie i choć trochę współczucia dla pomordowanych. Jeśli to jest zacietrzewienie, to czym jest w takim razie empatia i przyzwoitość?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 38

Dodaj komentarz »
  1. Lektura obowiązkowa! Dziękuję!

  2. Słuszna teza!

    Ale litości, człowieku, czy nie da się ograniczyć tego słowotoku?
    Słowo ma moc. Tysiące słów to szum informacyjny.
    Krócej, zwięźlej. To chyba nie powinno być zbyt trudne dla nauczyciela akademickiego.

  3. Panie profesorze
    Krytykuje pan Tewie Mleczarza, który po mistrzowsku potrafił godzić wodę z ogniem i tworzyć najbardziej karkołomne kompromisy
    Ja mam w rodzinie takiego myślącego kompromisiarza. Powiada on, że nie lubi jak mu jakis tvn albo tvp narzuca jednostronny ogląd świata. On ogląda obie stacje i wyciaga własne wnioski pośrodku.
    I tak; tvp przedstawia ministra Szumowskiego jako szlachetnego, uczciwego lekarza, któremu prędzej by ręce uschły niż sięgnąłby po cudze. A tvn przedstaiwa go jako sprytnego businesmena , który na maseczkach dorobił się 2 miliony złotych.
    Zapytałem go, czy wyciągnął średnią i wyszło mu, że Szumowski zarobił tylko 1 milion zł.
    Trochę był skonfudowany. Ale nie zmienił systemu i dalej szuka własną głową kompromisowego środka.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Panie Profesorze, chapeau bas! Chyba nikt jeszcze tak elokwentnie nie sformułował moich poglądów. A że mogłoby być zwięźlej – to „tyż prowda”.

  6. Brawo Panie Procesorze

  7. Piekna okladka POLITYKI z panem Profesorem, ktory prezentuje
    ksiege ” O nieistnieniu Boga” Kazimierza Lyszczynskiego
    ————-
    Big nie istnieje. Sa tylko pytania, na ktore nie ma odpowiedzi.

  8. .
    Precisely, koorva, precisely
    .
    ~

  9. Oczekuje w przyszlosci wiecej monologow, jako „dyskusje”, obojetnie pod jakim pretekstem…. tego rodzaju „dyskusje”, prowadzone od 1989 r. doprowadzily do sytuacji, w jakiej znajduje sie spoleczenstwo polskie… magiel, wiec i budka z piwem…

  10. „Kto zaś nie pójdzie drogą jedynej prawdziwej wiary, ten nie wejdzie do tego królestwa, a za to zostanie zesłany do piekła.”

    ———-
    I have been to hell and back, and let me tell you, it was wonderful.
    (Louise Bourgeois, 1911-2010)

  11. Szanowny panie profesorze, tekst pełen osobistych przemyśleń, gratuluje. Nadszedł czas, nasi „biją w tarabany’’…
    Z poważaniem – stały czytelnik znad Sekwany

  12. Rzeczywiście pan Jan Hartman ma rację. Z ludźmi, którzy prezentują takie poglądy wszelka dyskusja jest bezcelowa. W jakiś sposób są ograniczeni i brak im szerszego spojrzenia na rzeczywistość. Są jednak ludźmi wierzącymi bo wierzą, że Bóg nie istnieje, ale nie mają pewności. Ciekaw jestem jak zamierzają zniszczyć Kościół? Prawdopodobnie marzy im się droga Sowieckiej Rosji, albo chińska rewolucja kulturalna, której elementy wykorzystuje amerykański komuno-faszyzm do zniszczenia obecnego systemu w USA. Myśle, że najlepszym wyjściem dla nich będzie wprowadzenie „kontroli myślenia” jak w „1984” G.Orwella. W odpowiedzi usłyszę zapewne, że Jędraszewski, Głódź, Janiak i polski episkopat to ostoja ciemnoty i zacofania. Prawdopodobnie większość episkopatu nie jest taka, a już napewno większość Kościoła. Ale pan Jan Hartman w swoim ograniczonym spojrzeniu napewn nie przyjmie tego do wiadomości. Pan Hartman w swojej krytyce Kościoła prawie zawsze powołuje się na historię i rzekomą zbrodniczą działalność Kościoła. Myślę, że w różnych epokach bywało różnie i przypisywanie Kościołowi odpowiedzialności z wszystkie ofiary jest bez sensu. Były wojny, walczyli chrześcijanie, muzułmanie, władcy świeccy i wojny przynosiły ofiary. Czy wg pana Hartmana gdyby Kościół nie istniał, mielibyśmy błogi pokój. Żądze władzy i pieniądza nie są uzależnione od religii. Z czego wynikały zbrodnie „postępowego” systemu w Związku Sowieckim, a zbrodnie Hitlera. Niektórzy twierdzą, że Hitler był katolikiem. Jednak w doborowych jednostkach Hitlera wiara w Boga była zakazana.

  13. ozzy
    11 lipca o godz. 20:10
    „Big nie istnieje”.

    Czy to znaczy, że nie wierzy pan w istnienie Stwórcy, czy też dostrzegł pan w kościołach tyle obłudy, że nie wierzy pan w to, czego one nauczają?

  14. Zanim dojechałem z czytaniem do końca, już zapomniałem co było na początku. No i te okresowe ślady piany, psują nieco ten w połowie ( jak dla mnie ) do przyjęcia felieton. Ale każdy ma prawo mieć chwile słabości . Jak człowiek wierzący wierzę , że p. Profesor wróci wkrótce na właściwe tory i znowu będę się nim zachwycał.

  15. „Kto zaś nie pójdzie drogą jedynej prawdziwej wiary, ten nie wejdzie do tego królestwa, a za to zostanie zesłany do piekła”.

    Szanowny Gospodarzu. Powyższy dogmat katolicki nazywa Pan „najważniejszą ideę chrześcijaństwa”? Co on ma wspólnego z nauką chrześcijańską, głoszoną przez Jezusa i jego apostołów?

    Może warto byłoby – dla równowagi – wspomnieć przy tej okazji, że polskie słowo „piekło” stanowi chybiony odpowiednik oryginalnych terminów użytych w Biblii ? Według Pism, kiedy człowiek umiera, przestaje istnieć. Życie ludzkie przypomina płomień świecy. Kiedy płomień zgaśnie, nigdzie się nie przenosi. Po prostu go nie ma (Rodzaju 3:19; Kaznodziei 3:19,20).

    „Czyliż [katolicy] mieliby zmienić zdanie odnośnie do owego dziewictwa Maryi (…)? Wolne żarty”.

    Znam kilku byłych katolików, którzy zmienili zdanie w tej kwestii. Co miało na to wpływ? Dowiedzieli się z Ewangelii, że Maria miała poza Jezusem jeszcze inne dzieci.

    Jak wynika z relacji biblijnej, Jezus miał co najmniej sześcioro rodzeństwa, w tym braci: Jakuba, Józefa, Szymona i Judasa oraz przynajmniej dwie siostry (Mateusza 13:54-56; Marka 6:3). Były to biologiczne dzieci matki Jezusa, Marii, i jej męża, Józefa (Mateusza 1:25).
    Do jakich wniosków może skłaniać przypomnienie tych prawd biblijnych? Zamiast krytykować, lepiej edukować.

    Pozostaję z szacunkiem.

  16. Motto; k r a s n y j…
    Zdziwiłem się, bo chwalił Pan kandydata na prezia, który jest za jednością, a ja już po pierwszych zdaniach „kazania” zrozumiałem, że Pan jest za jednością, ale czerwoną…od krwi. Jakby na znak płynie film „Wołyń”, ale zabijać można nie tylko widłami.

    Przez podobnych do Pana kolegów z Izby Lekarskiej w W-wie przebranych w białe fartuchy – za obronę krzyża powalonego przez opętanego psychiatrę – moją wiarę uznano za „chorobę”. Jego koledzy zastosowali sowiecką psychuszkę.

    Czym różni się Pan od tej bandy zwyrodnialców, która po 40 latach niewolniczej pracy wyrwała mi pwzl 4 miesiące przed przejściem na emeryturę. Przez moje apele do katolików – zamiast hrabiego Konstantego Radziwiłła – wybrano Michała Kamińskiego. PiS stracił przez jeden głos marszałka Stanisława Karczewskiego, który wiedział o wyczynach samorządu lekarskiego pod ówczesnym przewodnictwem Konstantego Radziwiłła.

    Nie dziwią mnie demoniczne wynurzenie Pana, że narzucam zabobony jako „dobrą nowinę”, a moim dogmatem ciemniaka, hipokryty i fundamentalisty jest Ewangelia. Ponadto jestem członkiem patologicznej organizacji wyłudzającej ode mnie pieniądze za wiarę w zaświatowe raje (5-10 zł. na tacę).

    Już dawno nie czytałem takich głupot duchowych. Naprawdę trzeba być megalomanem chorym „na mądrość”, aby tak wymiotować…od Szatana! Dlaczego portal uczestniczy w tak potwornej dyskryminacji religijnej i to w stosunku do wiary Objawionej, a nie wymyślonej z której Pan Profesor może bezkarnie szydzić, a Tanaka bluźnić naszemu wspólnemu Boga Ojca (także narodu żydowskiego).

    Autor pisze to w dniu ciszy wyborczej, bo myśli, że nikt tego nie zauważy. Chodzi o to, aby nie głosować na stronę jasną, ale ciemną z którą się identyfikuje. O dyskryminacji niewierzących ma świadczyć zdjęcie z polityki z 2014 roku o prawie do niewiary.

    Ja sam takim byłem i wiem, że jest wynik braku łaski…u mnie wymodlonej przez pacjentki i żonę. Teraz to odrabiam i wciąż mam nadzieję, że autor pamfletu religijnego przemieni się z Szawła w Pawła.

    Autor kojarzy Kościół Boży z budynkiem, hierarchią pełną Judaszy i z tacą (jak prof. Senyszyn). Moja nadprzyrodzona łączność z Bogiem nie wymaga instytucji, ale nikt na ziemi nie może dać mi Eucharystii, która jest tylko w wierze katolickiej.

    Ten Kościół jest tylko widzialnym znakiem Królestwa Bożego na ziemi, które jest w nas. Nie pojmie tego autor, bo jest mądry, a zarazem nie widzi, że walczy z Bogiem Samym. Nie ma Boga? To z kim walczy i po co? Dlaczego nie walczy z islamem, buddyzmem i hinduizmem?

    Jak ten komentarz przejdzie będę kontynuował dalszą analizę bluźnierstw niegodnych Polaka…
    http://www.wola-boga-ojca.pl

  17. Pozostaje tylko życzyć, aby Pana artykuł trafił do jak największej ilości ludzi i został przeczytany ze zrozumieniem i ulgą, że znalazł się tak odważny człowiek jak Pan, który miał odwagę napisać to co wielu ludzi może wie, ale nie ma odwagi powiedzieć tego głośno.

  18. mohikanin przedostatni
    11 lipca o godz. 18:16
    sprobuj zrobic to lepiej madralo ?!

  19. roman17
    11 lipca o godz. 22:19
    „Pan Hartman w swojej krytyce Kościoła prawie zawsze powołuje się na historię i rzekomą zbrodniczą działalność Kościoła”.

    Profesor J.Hartman w swoich poglądach i ocenach odwołuje się do powszechnie dostępnej już obecnie wiedzy – jak widać nie wszyscy chcą z niej skorzystać. W rezultacie wciąż nie brakuje osób uparcie twierdzących, że zbrodnie popełniane przez nominalnych chrześcijan nie były wcale wyjątkowe, lub w że w ogóle nie miały miejsca. A co mówią fakty?

    W memorandum wysłanym do kardynałów w roku 1994 (które jest uważane za najważniejszy dokument całego jego pontyfikatu) Jan Paweł II zaproponował „powszechną, milenijną spowiedź z grzechów”. Papież zachęcił w nim, by Kościół przyznawał się do błędów popełnionych „przez jego przedstawicieli w jego imieniu” oraz by wyraził za nie skruchę. Jak podała rzymska gazeta La Repubblica, papież potwierdził, że „metody przymusu, godzące w prawa człowieka”, a stosowane przez Kościół, „znalazły później wyraz w ideologiach totalitarnych XX wieku”.

    A za co Kościół katolicki miał wyrazić skruchę? „Za wiele spraw” — objaśniał komentator watykański Marco Politi. „Za polowania na czarownice, za posyłanie na stos heretyków, za grożenie torturami uczonym i wolnomyślicielom, za popieranie reżimu faszystowskiego, za masakry w Nowym Świecie, urządzane pod znakiem krzyża”, nie mówiąc już o „uznawaniu siebie za doskonałą społeczność i strażnika dzierżącego władzę absolutną nad sumieniami” oraz o „przekonaniu — w pewnym okresie dziejów — że papież naprawdę jest namiestnikiem Chrystusa, co było teologicznym bluźnierstwem”.

    Najgorsza prawda jest lepsza niż najpiękniejsze kłamstwo. Dlaczego? Największy nauczyciel religii, Jezus z Nazaretu, nauczał: „Poznacie prawdę, a dzięki prawdzie staniecie się wolni”.

  20. @Dezerter 83

    Boga (bogow) stworzyli ludzie. Obecnie ludzie staja sie bogami.

  21. Brawo, brawo, brawo !!!
    Jak na filozofa, to cechuje Pana brawurowa odwaga a jak na Polaka, straceńcza !
    Cóż za strzał. Prawie w serce postmodernizmu. Prawie…
    Tyle słów, aspektów, intuicji w tym wpisie, ile lęków i zahamowań musiał się Pan pozbyć, by z „pewną taką nieśmiałością” uświadomić nam, że są konflikty, których nie da się zagadać i zakończyć kompromisem. To przykra oczywistość, z którą nieraz w życiu przychodzi nam się konfrontować. Wynikiem tych spotkań może być ucieczka, jak jest dokąd, poddanie się i cierpienie lub pokonanie przeciwnika i triumf naszej racji.
    Oboje się zgodzimy, że „Oni” dysponują tą instytucjonalną pamięcią, która ludzkiemu roztargnieniu się nie kłania.
    30 lat temu fałszywi mędrcy próbowali nam wmówić, że epoka heroizmu już się skończyła, a spór między Naphtą i Settembrinim zakończył pokojowym remisem. Kapitalizm rozpropagował tę bajkę i nieźle się obłowił. Nie da się ukryć, że była powabna i dochodowa dla akademickiej elity, która po komercjalizacji wiedzy z entuzjazmem pożegnała się z etosem bezinteresownego poszukiwacza i strażnika prawdy, założyła marynarki od Kevina Kleina i rozpoczęła handel kapitałem wiedzy. Dlatego jutrzejsze święto demokracji będziemy obchodzić w trwogą w sercu i ręką w nocniku.
    O tym, że jest już pół na pół wszyscy wiemy. Jutro lepiej nie będzie. A pojutrze może być jeszcze gorzej.
    To, co w latach 90-tych było marginesem nazywanym oszołomstwem, dziś jest już dominującą polityczną siłą, a niebawem stać się może nowym paradygmatem. Kiedyś tam, w latach 80-tych intelektualne elity antykomunistyczne zawarły sojusz z Kościołem. Obserwowałam to jako studentka technicznej uczelni, która wykształcenie humanistyczne zakończyła na solidnej, to jednak tylko maturze i nie mogłam pojąć, jak oczytani i wykształceni ludzie mogą się tak poniżać.
    W społecznym wymiarze, był to bowiem sojusz d..y z kijem, w metafizycznym czysty absurd i skrajny synkretyzm. Sojusz wiedzy i wiary, to przecież połączenie wody z ogniem, skutkujące powstaniem pary, która poszła w polityczny gwizdek. Jego dźwięk przepłoszył ze świątyni dogorywające już sacrum i jednocześnie zakwestionował autorytet wiedzy. A dziś okazało się, że tamten antykomunistyczny kompromis od dzisiejszej kompromitacji, różnił się tylko końcówką.
    Nie chcę Pana martwić, Filozofie, ale celny strzał w instytucję Kościoła, to jednak jest historyczne pudło. Kula przeszła obok istoty naszego głównego problemu.

    KK to cesarstwo rzymskie w cierniowej dla niepoznaki koronie. Kwintesencja totalnej władzy Wszechmogącego. A ten wygnał ludzi z raju za zwykłą babską ciekawość. Demokracja zaś, jest prometejskiej natury, tak jak in vitro. Chwilową w dziejach ludzkości hegemonię europejskiej cywilizacji zawdzięczamy w dużej mierze krnąbrnym starożytnym grekom, którzy wykradli z Olimpu i ogień, i boskie tajemnice. Z tego świętokradztwa zrodziła się filozofia, a z niej nauka i demokracja ateńska. W Atenach Platona czy Sokratesa kasty kapłańskiej już nie było. Obrzędy religijne sprawowali dumni obywatele. Cnotą była wiedza, nie wiara. Bo demokracja karmi się wiedzą a tyrania tajemnicą.
    A jeśli tak, to wrogiem demokracji jest wiara, a KK tylko jej strażnikiem.

    Jest Pan gotowy zakwestionować wartość samej wiary? Po co się spierać o istnienie Boga skoro nie sposób go pojąć, ani doświadczyć? Kiedy ostatni raz rozmawiał Pan z polskim katolikiem/ katoliczką o Bogu? Dobiegam sześćdziesiątki i nigdy mi się to nie zdarzyło, choć kilka razy próbowałam. Zawsze kończyło się tak samo, wyniosłym milczeniem i pustką w oczach. Te doświadczenia skłoniły mnie do smutnego wniosku, że naszych wierzących sam Bóg obchodzi niewiele, albo wcale.
    Liczy się tylko wiara w jeden wielki, powszechny i apostolski Kościół, a generalnie we własną rację. To ją atakowali tzw. komuniści i za to ich kato-narodowa prawica znienawidziła, za naukowy światopogląd nazywany wulgarnie materialistycznym. W kraju antykomunistycznego obłędu mało kto ma odwagę go bronić, a jeśli tak, to jest po zawodach. Dewocja zatriumfuje. Obywatel zaniknie, a wraz z nim demokracja.

    Cała III RP gloryfikowała bezkrytyczną wiarę. Wierzono w Balcerowicza i w wolny rynek, w lustrację, reklamy i w naszego człowieka w Watykanie. W zbawienne skutki konkurencji i nierówności, w niskie podatki, w medycynę alternatywną, w Kaczyńskiego lub w witaminę C. Możemy wierzyć w Naród lub amerykański sen, w kolejne zdrowe diety, a najbardziej we własną wyjątkowość i swoje racje. I nie znosimy wątpliwości. Słusznie, bo nas hamują w wyścigu do koryta.

    Czym zatem jest wiara? W mojej ocenie mechanizmem obronnym, dlatego rośnie wraz z poczuciem zagrożenia. Działa jak sterydy lub znieczulacze i tak jak one na dłuższą metę nam szkodzi. Dlaczego więc zrobiono z niej cnotę? Bo łatwo się nią handluje.
    Klienci kupują kota w worku i nie oczekują gwarancji. Przeciwnie. Im trudniej tego kota w worku potem znaleźć, tym sprzedana wiara silniejsza i cenniejsza być musi.

    Wiara służy wyłącznie schopenhauerowskiej woli, współcześnie nazywanej egoizmem lub instynktem samozachowawczym, nie może być więc cnotą. Co innego wiedza. Ta wynika z zaangażowania w to, co poza nami. Bezinteresowną gotowość do współistnienia. Dlatego jest cnotą i w przeciwieństwie do wiary powinna być społeczną wartością. A Boga w to nie mieszajmy. Istnieje, czy nie, to i tak z naszą wiarą nie ma nic wspólnego.

    Z poważaniem

  22. Partia .To ludzie ,program i organizacja.Są partie masowe i kadrowe.Czy zawiadający duszami ludzi ,organizują się w partię .?I to taką kadrową, ,mającą funkcjunariuszy ,popieranych przez miliard ludzi?I JEDEN OŚRODEK ZARZĄDZANIA ,JAK ZA PRZEPROSZENIEM, NA WIEŻOGRODZKIEJ?.Partie powstały w wyniku ,podziałów interesów ,wybrańców ludu ,do parlamentu/.ABY TAM DYSKUTOWAĆ .I WYGRYWAĆ SWOJE RACJĘ.Profesor ma rację .Opisywana partia niemieści się w porządku ani prawnym ,ani obyczajowym ,w sferze dyskutowania.I dlatego gdy powstanie forum światowe ,religijne ,na którym zacznie się dyskusja ,która religia lepsza ,będzie można powiedzieć ,że demokracja triumfuje i sacrum i profanum.

  23. GDZIE MÓI WPIS

  24. Panie Profesorze, wiadomo od wieków, że głównym celem istnienia Kościoła katolickiego jest interes kasty zarządzającej Słowem Boga. Dziękuję za mocną i obrazową monografię obłudy polskich państwowych relacji z Kościołem katolickim. Ta obłuda ma wiele form. Jedną z nich jest pieprzenie o „dialogu” (o dialogu pijawki z końską nogą lub o Janowopawłowym dialogu ekumenicznym równych – z Kościołem katolickim na czele jako najrówniejszym). Gdyby Pan Profesor ten świetny tekst zaproponował w swoim czasie jako słowo wstępne do konkordatu… Albo chociaż jako temat publiczny tuż przed konkordatem. Kurde, nie można pomarzyć?

    Ale choć myślowa zawartość tego tekstu jest bogata, widzę w nim coś bliższego memu sparciałemu ciału niż Kościół. Bo przecież poniższe dwa akapity śmiało można potraktować nie tylko jako myśli o – tfu! tfu! – dialogu z Kościołem, ale i jako uniwersalne myśli o komunikacji człowiekowatych. Komunikacji i budującej, i równocześnie dramatycznie ułomnej, co widać choćby na blogach.

    „Rzekomo zawsze i ze wszystkim trzeba rozmawiać – aby się porozumieć albo przynajmniej „pięknie się różnić”. Bo „zgoda buduje, a niezgoda rujnuje”. Bo jedność jest wartością nadrzędną, a spór i konflikt zawsze są złe i zawsze winne mu są obie strony, które nie chcą wyciągnąć do siebie ręki. Bo „prawda zawsze leży pośrodku”.

    Równa wina obu stron to taka rzadkość, że jej prawie nie ma. Ludowa mądrość – akurat niegłupia – mówi, że kto zaczyna, tego wina. Nawoływanie więc do zgody upokarza stronę pokrzywdzoną. Tylko rzeczowe rozpatrzenie sprawy i uczciwe rozdzielenie zasług jest działaniem racjonalnym. O stosowaniu tego w tzw. dialogu z Kościołem szkoda nawet myśleć. A w publicznej paplaninie dominuje, niestety, bezrefleksyjne operowanie stereotypami, które ma więcej wspólnego z machaniem rękoma niż z myśleniem. No i, rzecz jasna, prawda w dupie leży nie pośrodku, ale kołtun bezmyślnie takie idiotyzmy deklamujący nie wie, że jest kołtun.

    „Istnieje za to ekskluzywna, dostępna tylko nielicznym, wytrenowanym w tym intelektualistom umiejętność prowadzenia racjonalnej dyskusji w dobrej wierze, z zachowaniem warunków takiej komunikacji, do których należy szczera gotowość do zmiany przekonań (także podstawowych) w wyniku zapoznania się z argumentami oponentów”.

    Normalnie walnął Pan po oczach, Panie Profesorze, rzecz (ekskluzywność) nie do zaakceptowania, za co się kłaniam do ziemi o wyprostowanych kolanach. Chociaż właściwie ona jest do zaakceptowania, skoro 38 milionów polskich kołtunów nie ma wątpliwości, że należy do wytrenowanych w racjonalnym dyskursie nielicznych. Gotowość do zmiany przekonań to jeden z atrybutów człowieka myślącego. Odprysk tej racjonalnej myśli jest w ludowej mądrości, że tylko krowa nie zmienia poglądów. Niestety, mądrości są bardziej do cytowania (popisywania się) niż do stosowania. W politycznej – albo i nie tylko politycznej – naparzance zmiana poglądów sprzed pół wieku – nie daj Bóg sprzed tygodnia – to pretekst do wieszania psów na przeciwniku,

    No i na koniec odniosę się do treści, której duch jest w samym tytule tekstu, ale dla jasności zacytuję zdanko:

    „Dziś ignorancja nikogo już nie usprawiedliwia”.

    Zgadzam się bez dwóch zdań, że nie usprawiedliwia ludzi zaangażowanych w stanowienie ustroju państwa, którzy aspirując do jakiegokolwiek świeckiego władztwa, nie respektują konstytucyjnego rozdziału państwa i Kościoła. Ale „nieusprawiedliwianie nikogo” uważam za krzywdzące.

    Nie ma znaczenia, że wiara katolicka jest dziejowym oszustwem, że w praktyce jest bardzo powierzchowna, a wiedza o wyznawanej religii sprowadza się do pamięciowego opanowania zdawkowego katechizmu, do kilku rytualnych zachowań, do kompletnej nieznajomości jej źródła – Biblii – i wpadania w nabożność na dźwięk słów „kościół”, „ksiądz”, „Jezus”, „Maria”, „świętej pamięci”, „Szczęść Boże” itp. Znaczenie ma natomiast, że sztucznie wszczepiona wiara na pewnym etapie osobniczego rozwoju staje się – lub może się stawać – wartością intymną, niezależną od kościelnego molocha, od zarządców religii, od ich antyjezusowej obłudy, od ich ostentacyjnego przywiązania do doczesności przy równoczesnym paplaniu o niebiańskiej wieczności. Znaczenie ma, że wiara w wieczne życie może koić i jakoś racjonalizować lęk przed śmiercią u świadomych krótkości swego ziemskiego losu człowiekowatych – bez względu na ich poziom intelektualny. Że może nadawać absurdowi życia (z pozycji sapiensa) cel. Nieważne, że dla takich jak Pan i ja to tylko złudzenie celu.

    Przepraszam, że jeszcze raz przywołam człowieka (wcześniej robiłem to na LA) standardowo powierzchownej, ale bardzo mocnej wiary chrześcijańskiej, a przede wszystkim człowieka entuzjastycznego chrześcijańskiego czynu, o którym nauczał Jezus, mówiąc, że słowo bez czynu niewiele jest warte. Mówię o mojej mamie zmarłej ponad cztery lata temu. Spotykam się z nią co dzień, dlatego mówię.

    To nie chwalenie się, lecz ilustracja z życia do tezy o wierze religijnej jako wartości intymnej. Wymienię parę jej chrześcijańskich uczynków.

    Ostatnie jej mycie posadzki w dwóch kościołach było, kiedy miała bodaj 89 lat (zmarła w stanie demencji, mając 95,5). Do tego też wieku pomagała siostrze zakonnej prowadzącej malutki domek opieki: szyła pościel dla tego domku, robiła wśród znajomych zbiórki rzeczy, zastępowała czasem przez tydzień, dwa siostrę zakonną, opiekując się sześcioma młodszymi od niej o 10 lat babciami (sama gotowała, sama karmiła niektóre, obmywała z odchodów, kąpała, prała itd.), przez ponad rok nosiła obiady dla niewidomego, mieszkającego po przeciwnej stronie Słupska, roznosiła produkty żywnościowe i odzież z Caritas dla niesprawnych, przez półtora roku wykonywała za darmo codzienną, pełną opiekę nad obłożnie chorą sąsiadką, przez parę miesięcy opiekowała się częściowo sparaliżowanym kuzynem, kiedy jego żona leżała w szpitalu, na różne sposoby pomagała wielu swoim starym znajomym – wszystko, rzecz jasna, za darmo. Nie usiedziała w miejscu, dokąd jej służyła świadomość. Pracowała zawodowo do 78. roku życia. 25 ostatnich lat w sezonie – jako kucharka, remontowiec, sprzątaczka, hydraulik i fachowiec od wszystkiego w ośrodku wypoczynkowym w Rowach, po sezonie – jako całodobowy stróż. Dla uwielbiających ją wczasowiczów była „naszą panią Jadzią”. Pisali jej odręczne dyplomy, w których nazywali ją „panią magister”, „kochaną panią inżynier” i grozili, że jak jej nie będzie, to już tu nie przyjadą.

    Panie Profesorze, moja mama była człowiekiem nieuczonym, prostym. Nie interesowały jej sprawy państwa, relacje między państwem a Kościołem, historia Kościoła, jego obłuda, fałsz religii, Tischner, Rydzyk, Radio Maryja, dostęp do naukowych opracowań itp. Żyła w zupełnie innym świecie – w nierozpaplanym świecie czynu, nie słów. Była jak miliony jej podobnych, do których – mówię z całym uważaniem dla Pana jako temperamentnego myśliciela – nie bardzo pasują Pańskie słowa: „Dziś ignorancja nikogo już nie usprawiedliwia”.

  25. Panie Redaktorze,
    podaje Pan wiele argumentów, dlaczego z KK nie należy dyskutować. Na większość zgoda. Ale ani słowa, o czym niby można czy należało by dyskutować? Nie widzę ani jednego tematu dla którego KK byłby partnerem w dyskusji ze społecznego czy państwowego punktu widzenia. Jest to skansenowa instytucja, która wszędzie istnieje gdzieś na marginesie życia społecznego dla tych nielicznych, którzy nie mogą opisać sobie świata bez Boga. Tylko w Polsce wytworzyła się dziwna sytuacja w której politycy myślą że bez kościoła nie wygrają wyborów, co kościół wykorzystuje z bezwględną efektywnością. Politycy i KK nawzajem sobie wmawiają, że 99% Polaków to katolicy, i bez krzyża nie ma życia politycznego. Raczej nawoływał bym, aby nie dyskutować z politykami śpiewającymi trzymając się za ręce z ojcem Rydzykiem, z premierem powierzającemu kraj łasce Maryi, oczywiście przenajświetszej.

  26. co zwisem

  27. magrud1
    12 lipca o godz. 11:19
    Dawno nie czytałem tak znakomitej, analizy. Sławczan czesto zbliża się do tego poziomu.
    Gdzies Ty była, jak Cię tyle lat na blogach nie widziałem.
    Z wielkim poważaniem

  28. Do Moderatora!

    Proszę o zamieszczenie na forum mojego dzisiejszego komentarza. Dziękuję.

  29. @magrud1
    12 lipca o godz. 11:19

    Myślenie nie boli lecz wymaga odwagi,
    Więc tchórz się chowa za autorytetem boga,
    Stając się tym samym, tak jak bóg, nagi,
    Przez co jeszcze większa ogarnia go trwoga.

  30. ozzy
    12 lipca o godz. 10:32
    „Boga (bogow) stworzyli ludzie”.

    Czy może znalazł pan jakieś przekonujące dowody, na których oparł pan taki wniosek?

  31. Panie profesorze. To co Pan napisał to oczywista oczywistość, tak jak fakt, że Ziemia jest okrągła. Ale wiele lat upłynęło, zanim tę oczywistą oczywistość upowszechniono.

    Otóż jestem byłym katolikiem. Gorliwym, regularnie uczęszczającym na mszę i wypełniającym wszystkie katolickie rytuały., tak jak mi wtłaczano do głowy od niemowlęcia. To nie był mój wybór, tak mnie wyhodowano. Aż nadeszły czasy samodzielnego myślenia, dostępu do źródeł i weryfikacji wtłoczonych indoktrynacją przekonań. Będąc człowiekiem empatycznym, nie mogłem dłużej w jakikolwiek sposób utożsamiać się z tą organizacją – zbrodniczą, pazerną, zakłamaną.
    Nawet dziś, kiedy politycy opozycji widzą, jak KK ordynarnie wspiera PiS, nadal biją pokłony przed klerem, zapisują swoje dzieci do tej organizacji i biorą udział w obrzędach tej organizacji. Zniesmaczający spektakl sado-maso zdający się być czymś w rodzaju syndromu sztokholmskiego. Protestujące masowo Czarne Parasolki nie znajdują pokrycia liczbowego w ilości nie chrzczonych dzieci. Szostkiewicz pisze, że KK musi się rozliczyć z pedofilii”, tym czasem wcale nie musi, bo jednocześnie ten sam Szostkiewicz pisze, że „musimy wierzyć w tą religię, bo innej nie mamy”. Otóż można żyć bez żadnej religii, można poszukać tej, która jest nam najbliższą (czy naprawdę uważacie, że seks bez ślubu jest zły? Bo 90% Polaków tak nie uważa).

    Trzeba głośno mówić, że to nie jest „nasza” religia – jedyną naszą można nazwać słowiańską religię.
    Trzeba głośno mówić, że jest zbrodniczą i pełną pogardy do wszystkich innych religii i światopogląd. Nie bez powodu na pierwszym miejscu najważniejszych dziesięciu nakazów jest to, co jest.
    Trzeba głośno mówić, że nikt z nas sobie jej świadomie nie wybrał. Rozpaczliwie uzasadnianie zapisania nas do tej organizacji w niemowlęctwie nie jest żadnym wyborem.

    Panie profesorze – dziękuję za ten artykuł. Dziękuję wszystkim, którzy go rozumieją i mają w sobie tyle empatii, żeby wbrew naciskom asertywnie odmawiać wspierania patologicznej organizacji.

  32. Motto; Judasz
    Pan Profesor jako przodownik na Paradach Grzeszności z belką w oku widzi źdźbła w oczach namaszczonych kapłanów, cudotwórców przemieniających chleb dla ciała w chleb dla duszy (Eucharystię).

    Przy tym krytykuje podobnych do mnie, że przekazujemy Prawdę tym, którzy sami pchają się na śmierć i to wieczną, bo negują posiadanie duszy. Nie zgadzam się z zarzutem wrogów wiary, że chodzimy do kościoła z powodu straszenia przez kapłanów; piekłem i szatanem.

    Jest odwrotnie, bo nie mówi się o nieśmiertelnej duszy, która jest tworzona myślą Boga Ojca oraz o tym, co jest z nami w momencie śmierci (niebo, czyściec i piekło). Wyraźnie mają zakaz z Watykanu, który trzeba odbić (ks. Natanek za to został odsunięty od posługi). Doszło tam nawet do pogańskiej procesji z Pachamamą (matką ziemi) na której był obecny papież.

    Do Świątyni Boga Objawionego wciąż wnosi się trupy duchowe tych, którzy nigdy nie splamili się przybyciem. W mojej parafii jest to codzienność, a przecież znam wszystkich obojętnych duchowo i otwartych wrogów wiary.

    Nigdy taki nie dał 5 zł na tacę oraz różne potrzeby wiernych na całym świecie, ale korzysta z praw należnych tylko jej członkom. Dodatkowo jest szczególnie wyróżniony, bo gra mu orkiestra, a kapłan mówi jak wszystkim, że „cierpiał z Jezusem”.

    Dalej Dom Boga Objawionego, gdzie – jest przekazywana Prawda i za darmo rozdawana manna z nieba (Eucharystia) – nazywa Pan organizacją. Kiedy był Pan w kościele? Niech Pan spróbuje wejść, bo nie ma zakazu, a zobaczy Pan działanie Szatana…może nawet Pana pobić jak o. Pio.

    Pan Profesor wszystko odwrócił (działanie demona), bo Prawda jest taka, że Kościół katolicki nie może układać się z władzą, ponieważ nie wolno służyć dwóm Panom. Szatan znalazł sobie dobrego agitatora; profesor, wykładowca, stanowiska, parady grzeszności, prawo do niewiary i „spółkowania inaczej”, itd.!

    Nabiera Pan swoich fanów na płacz uciskanego z powodu niewiary. Przy okazji steku bredni chwali Pan sam siebie jako osobę uczciwą i racjonalną. To jest bałwochwalstwo…

    Jaka jest Pana tolerancja, gdy moją łaskę odczytywania woli Boga Ojca (z modlitwy „Ojcze nasz”) określa Pan; „szaleństwem pychy przedstawianej jako wola wszechmocnego bóstwa, które podobno ma w niej jakieś osobliwe upodobanie”. Tak się stało, że właśnie dzisiaj modliłem się także za Pana Profesora w ramach odczytanej intencji; za podłych kłamców i dusze takich.

    Na zakończenie porównał Pan Profesor mój Kościół Święty do mafii (pedofilia, pranie brudnych pieniędzy, itd.), a ja dając na tacę wspieram tę strukturę. Resztka włosów stanęła mi na głowie i musiałem zażyć wszystkie posiadane leki…
    http://www.wola-boga-ojca.pl

  33. Duszy Pana Profesora grozi śmierć…
    W trzeciej ocenie tego wrogiego wierze katolickiej wpisu jest mowa o braku honoru u „polityków wspierających Kościół” oraz o podobnych do niego obrońcach „elementarnych zasad przyzwoitości” z „nazywaniem bzdur bzdurami”.

    Dalej trwał bełkot, ale już od Bestii z uderzeniem także w Osobę Ducha Świętego, a ja nie wiem dlaczego nie ma za to przebaczenia. Tam napisał, że Jego Dary sprawiają moralną wyższość chrześcijaństwa, co budzi w nim odrazę, bo nie zmienią doktryny o dziewictwie Maryi. Rachunek niedługo nadejdzie!

    Po chwilce bałwochwalca stwierdza, że; „Na szczęście prostota serca i uczciwość intelektualna są jak taran rozwalający wszelkie chore systemy – religijne i świeckie”. Pochwalił też księży „partyjnych”, szkoda, że nie wymienił wśród nich Wojciecha Lemańskiego.

    Z pianą na ustach stwierdził, że trwa „zawłaszczanie i zniewalaniu kraju przez obcą strukturę” (Watykan ze Stolicą Apostolską). Przy tym nie widzi mass mediów (IV władzy) w rękach szwabów i kacapów. Dopiero nasze czasy z Paradami Grzeszności dają nadzieję na odzyskanie wolności.

    Wypomina też wyczyny Świętej Inkwizycji w której działali zdrajcy Boga. Wyśmiewa przy tym wiarę czyli miłość naszych dusz do Boga Stworzyciela. Prawie chce się płakać, bo wprost widzę jak wpada do Czeluści.

    Bredzi przy tym o „wywalczonej krwią liberałów wolności religijnej”, a słowa Jana Pawła II „otwórzcie drzwi Chrystusowi” są dowodem na to, że nie szanuje się pluralizmu światopoglądowego oraz państwa neutralnego (czyli bezbożnego), a sam jest „kapłanem” wiary o nazwie; ateizm.

    Z tego względu za matką Joanna od demonów napadł na krzyż w Sejmie RP. Nie przeszkadzał mu sierp i młot, a teraz Pentagram oraz Cyrkiel i Węgielnica z fartuszkiem…

    Na koniec neguje Święte Słowa Pana Jezusa, Zbawiciela na którego wciąż czekają bracia starsi w wierze. W swoim zaćmieniu wciska przymus wiary (mamy wolna wolę) i straszy potępieniem.

    Przy tym nie rozumie, że w wierze katolickiej jest hierarchia od Boga Ojca do mnie…nie można przegłosować, że dwóch panów to małżeństwo.

    Szczytem wszystkiego jest stwierdzenie, że obecne totalitaryzmy są rozwinięciem pradawnych praktyk Kościoła, łącznie z trzymaniem Żydów w gettach i piętnowaniem ich opaskami. Teraz nie dziwię się przewrotności tego narodu…

    Nawet zrobił wielkie odkrycie, że w strukturach Kościoła Bożego działa agentura, a sam nie widzi, że jest agentem Bestii…z dwoma belkami w oczach.
    http://www.wola-boga-ojca.pl

  34. Do Moderacji!

    Zdumiony, po raz drugi stwierdziłem, że nie został zamieszczony na forum mój komentarz, w tym przypadku – z dnia 12 lipca.
    Jest to dla mnie o tyle zastanawiające, że w ogóle nie rozumiem, ani nie znam przyczyny, co było powodem niezamieszczenia komentarza?
    Nie mam zamiaru niczego sobie dodawać, ale moim zdaniem, treść wspomnianego komentarza, nie naruszała jakichkolwiek zasad zamieszczania wpisów na forach internetowych. Ani – tym bardziej – nikogo nie obrażała. Powiem więcej, jak łatwo było zauważyć, w komentarzu z dnia 12 lipca, nawet wyraźnie zaznaczyłem, że podzielam poglądy pana Jana Hartmana, które zawarł w swoim powyższym felietonie!
    Wobec powyższego, siłą rzeczy, nasuwa się elementarne pytanie: co więc było powodem, że mój komentarz, pomimo mojej wcześniejszej prośby, nie ukazał się na forum? Naprawdę, chciałbym to wiedzieć.
    Nie wiem, czy pan Jan Hartman czyta komentarze na tym blogu i czy ma jakikolwiek wpływ na to, które zostaną zamieszczone na forum, a które odrzucone? Podkreślam: tego nie wiem i pewnie to nie moja sprawa.
    Ale jest rzeczą irytującą, że nie znajduję swojego komentarza na forum – z powodów, które są dla mnie zupełnie niezrozumiałe, a nawet zagadkowe, wręcz tajemnicze.
    Zapewniam, że blog LB traktuję poważnie i proszę, aby osoby, które decydują o zamieszczaniu komentarzy na forum, również mnie traktowały poważnie. Na zasadzie pełnej wzajemności.

    Proszę Moderatora o zamieszczenie na forum mojej powyższej wypowiedzi. Dziękuję.

  35. „Tak więc nie dajmy sobie zamydlić oczu urokiem Tischnera i paru innych sympatycznych księży ani też niewątpliwym wdziękiem niektórych katolickich polityków.”

    Pełna zgoda. Kościół opanował techniki marketingu i PR-u do perfekcji. Mieli na to 2 tysiące lat. Ci tzw. mądrzy/światli/otwarci księża to tylko funkcjonariusze pełniący jasno zdefiniowaną rolę. Mają przyciągać do kościoła nowych klientów. I tyle. Tischner i inni „sympatyczni” są/byli albo niesamowicie naiwni, albo niesamowicie cyniczni. Nie potrafię zrozumieć dlaczego inteligentnym ludziom (do których kierowane jest to specyficzne, niby-liberalne słowo boże) wydaje się, że ten PR zmywa wszystkie brudy i winy Kościoła, a jeden ‚mądry ksiądz’ równoważy tysiąc zwykłych drani w sutannach.

  36. Słowotok. Prawdy oczywiste. Wszystko naraz.
    Zarówno Krk jak i pis zrozumiał, że cash is king.
    Trzeba zupełnie urynkowić Kościół. I nie bawić się w moralne rozterki.
    Niech lewica zaproponuje obniżenie podatku np. o 600 zł (takie podatkowe 600+) tzn. to co państwo wydaje na Krk, niech sami wierni i nie wierni finansują tę szopkę.
    Wierni nic nie tracą, bo dostaną forsę do ręki i jak ksiądz im się podoba, to dadzą księdzu.
    Że suma się do końca nie zgadza? Kto to wie. Dziesięcina jest prawdopodobna.
    Lewica w ciągu najbliższych lat nie dojdzie do stołków, więc może sobie pozwolić na śmiałe obniżki, tym bardziej, że słynie z propozycji podwyżek.
    Dlaczego lewica nie chce urynkowić Krk?

  37. Chciałbym dożyć wypowiedzenia konkordatu.

  38. Wbrew Autorowi, uważam, że powinno się rozmawiać z każdym.
    Co do innych postulatów i opinii – uważam, że obserwujemy powolną, ale stałą laicyzację całego świata. Uważam także, że tych procesów nie da się przyspieszyć.
    Stanisław Remuszko
    remuszko@gmail.com, 504-830-131

  39. „Chciałbym dożyć wypowiedzenia konkordatu.” – co zalatwilo by wypowiedzenie konkordatu? czy jest jakis plan co zamiast tego, co by sie zmienilo?

css.php