Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Loose blues - Jana Hartmana zapiski nieodpowiedzialne Loose blues - Jana Hartmana zapiski nieodpowiedzialne Loose blues - Jana Hartmana zapiski nieodpowiedzialne
Łacina

25.07.2020
sobota

Łacina w szkole – kołtuństwa szczyty!

25 lipca 2020, sobota,

Ministerstwo oświecenia publicznego, czy jak tam je zwą, ogłosiło właśnie wielką innowację programową. Z łaski swojej i czyjej tam jeszcze wprowadza się jedną godzinę lekcyjną, w pierwszej klasie liceum i technikum, z przedmiotu do wyboru: łacinę, filozofię, plastykę bądź muzykę. Tylko nieuk, i to zakłamany, mógł wymyślić coś podobnego.

Przede wszystkim – co za łaska! Będzie nareszcie wychowanie muzyczne w szkole. Tylko co można zrobić przez rok z jedną lekcją muzyki? Albo plastyki? Chyba tylko dowiedzieć się, że to musi być coś bardzo nieważnego, skoro naucza się takich „michałków” nie tylko nieobowiązkowo, lecz w wymiarze kilkunastokrotnie mniejszym niż matematyki, polskiego, nie mówiąc już o religii. Jakiż to brak szacunku dla sztuki!

I jakie upokorzenie dla nauczycieli, którym daje się możliwość wyłącznie opowiadania w kółko tych samych propedeutycznych treści. Tymczasem kultura muzyczna i plastyczna to niezbędny stopień do kultury w ogóle – szansa, jaką dajemy młodzieży z mniejszym kapitałem kulturowym, aby mogła rozwinąć skrzydła. Dlaczego muzyki i plastyki ma się uczyć dziesiątki razy mniej niż literatury ojczystej? Ano dlatego, że literatura jest bardziej „narodowa”. Dzieci mają wszak stać się nie tyle kulturalnymi ludźmi, ile dobrymi i lojalnymi wobec rządu obywatelami patriotami. Muzyka i malarstwo jakoby mniej się do tego nadają. Na szczęście, rzekłbym.

Godzina filozofii przez rok to już nawet nie brak szacunku, lecz dowód kompletnego braku pojęcia, o czym się mówi. To dokładnie tak samo, jak zaproponować godzinę zajęć przez rok z historii albo matematyki. Nikt się tak matematyki ani historii nie nauczy – o czym wie nawet minister. Ale dlaczego nie wie, że przez godzinę w tygodniu w pierwszej klasie nie nauczy się żadnej filozofii ani nie zmądrzeje? No, zawsze to lepiej, niż tracić tę godzinę na jakieś gusła lub tępą propagandę, lecz o żadnej nauce mowy tu być nie może. Ot, takie pogadanki.

Bo przecież filozofować każdy może, prawda? Trochę lepiej lub trochę gorzej. Tylko niewykształcony dureń, który tak właśnie myśli, może proponować szkolną naukę filozofii w takim wymiarze. I tak się dziwnie składa, że ten sam nieuk może uważać za słuszne, aby przez setki godzin męczyć dzieci jedną z dyscyplin filozofii, czyli etyką. Może tak uważać, bo z jednej strony nie ma bladego pojęcia, czym jest etyka i że właśnie stanowi jedną z dyscyplin filozofii, a z drugiej wie doskonale, o co tu chodzi, a mianowicie o usprawiedliwienie masywnego nauczania religii jako rzekomo zrównoważonej przez dostępność lekcji etyki. To osobny temat, o którym pisałem już nieraz, wstrząśnięty niebywałą hipokryzją i głupotą tej „liberalnej parki” religia versus etyka do wyboru.

Idiotyzm, jakim jest sprowadzenie sztuki i filozofii do pozycji szkolnych „michałków”, pogłębia jeszcze horrendalny pomysł z nauczaniem łaciny jako przedmiotu alternatywnego dla sztuki bądź filozofii, i to również w wymiarze jednej godziny w tygodniu przez rok. Czy ktoś słyszał kiedyś, aby w taki sposób można się było nauczyć choćby elementarnej łaciny? Czy ktoś jest tak głupi i załgany, że może udawać wiarę w to, iż po takim „kursie” łaciny którykolwiek uczeń przeczyta jakikolwiek tekst (o ile w ogóle podejmie szaleńczą próbę takiej lektury)?

Ale przecież tu nie o uczenie chodzi, tylko o symbol. Coś się tam komuś kołacze, że dawniej wszyscy uczyli się łaciny i że to takie „tradycyjne” i „kulturalne”. No więc my nie będziemy gorsi, bo my „łacinnicy” i sroce spod ogona nie wypadliśmy. Do tego dochodzi srodze bezmyślna klisza, jakoby nauka łaciny pomagała w nauce innych języków. Czy naprawdę mając do dyspozycji tysiąc godzin i pragnąc nauczyć się francuskiego, lepiej przez pięćset wkuwać łacinę, a przez pozostałe pięćset uczyć się samego francuskiego? Czy od tego będzie się lepiej znało francuski? Please, nie trzeba myśleć, ale można nie robić z siebie idioty, prawda? Milczenie jest złotem. Ćwierćinteligenci lubią tu dodawać na jednym oddechu, że nauka łaciny rozwija logiczne myślenie.

Ależ oczywiście, że tak! Lecz czy może rozwija je choć w ćwierci (skoro już o ćwierciach mówimy) tak szybko i skutecznie jak nauka…. logiki? Tej zaś nie uczy się wcale, bo słynne „logiczne myślenie” tak naprawdę żadnych tam ministrów „po studiach” i innych niedouczonych „programistów” od edukacji nic a nic nie obchodzi, podobnie jak zwolenników „łaciny na godzinę”. Każdy przecież ma dość rozsądku i logiki w swojej głowie, prawda? Jak świat światem – tak właśnie myślały nieuki.

Warto wiedzieć, co się kryje głębiej za tym infantylnym snobizmem, przybierającym dzisiaj groteskową formę „łaciny przez godzinę”. Bo sprawa jest kulturowo ciekawa. Otóż łaciny uczono w szkołach i na studiach całkiem na poważnie nawet wtedy, gdy była już językiem całkowicie martwym i wiadomo było, że prawie żaden z uczniów łaciną katowany nigdy w życiu nie sięgnie do łacińskiego tekstu. Ten upór trwał do połowy XX w. Jego źródło jest osobliwe. W XIX w. nie chodziło o snobizm, bo łacina była wciąż zbyt oczywista i każdy wykształcony człowiek ją znał, choć nie używał.

Tajemnica tkwi w tym, że były dwie łaciny i dwa konkurujące nurty kulturowe – klasyczny i katolicki. Była więc łacina Cycerona i Horacego oraz łacina Wulgaty i Tomasza z Akwinu. Jedni uczyli jej, żeby ludzie mogli odpocząć od wszechobecnego katolicyzmu, zanurzając się w czarownym świecie antyku, a inni po to, by szeregi teologów i innych uczonych w Piśmie katolików nie ulegały przerzedzeniu. I tak to dwie rywalizujące kultury, „pogańska” i chrześcijańska, chcąc nie chcąc wzajemnie się wspierały w dziele utrwalania łacińskich tradycji. A że tradycje to skrajnie sobie wrogie, to już trudno.

Zresztą znalazły się sposoby, żeby jakoś tę opozycję zatrzeć. W końcu taki np. Augustyn był fundamentalistą katolickim, a jednocześnie, jako autor starożytny, pisał z grubsza klasyczną łaciną. W XX w. mało kogo już Rzym i katolicyzm tak naprawdę obchodził, lecz siłą rozpędu długo jeszcze uczono łaciny – jednych, żeby nie „skatoliczeli” ze szczętem, a drugich – wręcz przeciwnie. Ale to są już sprawy nie na ministerialne i kuratoryjne głowy.

PS Tylko proszę mi nie zarzucać, że jestem przeciwnikiem łaciny w szkole! Wręcz przeciwnie. Uważam, że w każdym większym mieście powinna być dla chętnych i zdolnych klasa o profilu klasycznym. Bo łacina i greka to wielki świat i w dodatku nasz świat. Lecz wejście w niego kosztuje lata pracy. Łacina na godziny to potwarz dla kultury, groteska i parodia wykształcenia. Powiem więcej – to prostytuowanie wiedzy, równie obrzydliwe co prostytuowanie ciała.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 49

Dodaj komentarz »
  1. Panie Profesorze:
    zastanawiam sie jedynie, ilu bedzie chetnych do studiowania laciny albo filozofii? miale „rysunki” (plastyke po naszemu) w szkole podstawowej i w liceum… mialem wychowanie muzyczne w podstawowce i nie nauczono mnie ani grac na jakimkolwiek instrumencia, ani notacji muzycznej… o milosci do muzyki klasycznej lub jazzu nawet nie wspominano…
    filozofia to na tym etapie to sieganie do innych trudniejszych lektur… w szkole amerykanskiej nie ma nawet sladu filozofii… wiekszosc naukowcow amerykanskich uprawiajacych nauki scisle to intelektualni analfabeci… wystarczy spojrzec na nazewnictwo zjawisk i nowych obiektow…. wiekszosc ma zrodla komiksowo-telewizyjne…a jezyki obce? Pan Panie Profesorze raczy zartowac…

  2. Jest jeszcze jeden aspekt, na który Pan uwagi nie zwrócił:
    PiS-owi zależy na maksymalnym obniżeniu poziomu nauczania. Ignorancja społeczeństwa gwarantuje im długie lata bezproblemowych rządów. Przecież już urzędnicy Hansa Franka i Himmlera ograniczyli nauczanie Polaków do czterech klas: „Należy zezwolić jedynie na szkoły podstawowe, które powinny nauczać jedynie najbardziej prymitywnych rzeczy: rachunków, czytania i pisania. ”
    Ale – do tego i trudno, i niezręcznie się przyznać.

    Zmiana którą Pan komentuje może być listkiem figowym, którym decydenci PiS-u usiłują zakryć swoje prawdziwe intencje. Proszę nie drwić, bo to może być całkiem sprytne.

  3. Hartman: „Była więc łacina Cycerona i Horacego oraz łacina Wulgaty i Tomasza z Akwinu”.

    I dlatego mamy słowniki łaciny kościelnej (Władysław Jougan), średniowiecznej w Polsce i łaciny klasycznej ― 5 tomów (oba Marian Plezia). Jest jeszcze język włoski, francuski, hiszpański, retoromański etc., wszystkie pochodzą z łaciny i warto je znać.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Po przeczytaniu pierwszego akapitu, pomyślałem że pan sobie kpi, panie profesorze. Jednak nie, dokonano zamachu na edukację młodych Polaków i kulturę w rozumieniu ogólnym. To jest system edukacyjny jak z bolszewickie Rosji. Niech jeszcze wprowadzą do wyboru godzinę Wu Szu lub Taekwondo rocznie. Efekt podobny. „Nauka” katechizmu (bo przecież nie religii) ma się całkiem dobrze. W procesie obowiązkowego kształcenia wyprzedza fizykę, chemię i informatykę liczoną razem.

  6. To kolejny po “En Passant” i “Dzienniku Europejczyka” blog, który ktoś nocą przekłada na angielski. Sądząc po niedorzecznościach w przekładzie posługuje się Google translate.

  7. Polska edukacja doszła do takiego etapu, że te godziny tygodniowo filozofii, łaciny, muzyki czy plastyki mają jedynie uzmysłowić uczniom, że istnieje jakiś nieokreślony, niebezpieczny świat poza disco-polo i księdzem proboszczem, ale nie należy iść tą drogą.

  8. It’s latin, datum (singular), data (plural). Like spectrum/spectra, medium/media, bacterium/bacteria

    https://twitter.com/phdcomics/status/858434932695195648

  9. Burzyłam się przez cały czas lektury tekstu Profesora, ale na koniec – jest!!! To, co chciałam zaproponować, czyli klasy łacińskie w liceum. Taka klasę kończyłam i ja. Była to łacina klasyczna, Cicerona i Cezara. Do dziś potrafię recytować: Gallia est omnis divisa in partes tres, quorum una…etc. A kiedy widzę wrzeszczącego pana Dudę, mysle sobie: Quousque tandem Catilina abutere patientia nostra? Quam diu etiam furor iste tuus nos eludet? Na studiach historycznych miałam lektorat łaciński, tam mi jednak była potrzebna łacina średniowieczna, obecna w dokumentach, ale i w listach i literaturze pieknej. Czasy obcowania z łaciną wspominam jako najszczęśliwsze w moim zyciu:))) W klasie maturalnej miałam lekcje filozofii, które bynajmniej nie traktowały sprawy po łebkach. Oczywiscie nie było szans na zgłębianie ontologii ani epistemologii filozofa X czy Y, niemniej otrzymałam poglad na rodzaje i kierunki dróg ludzkiej myśli w dziejach. Plastyki, rysunku, dziejów sztuki uczyłam się natomiast w ramach dzielnicowego kółka plastycznego, oczywiscie wieczorem, po lekcjach. Moją niespełniona miłoscią była natomiast muzyka – nie miałam w domu instrumentu, wiec nie mogłam uczęszczać na zajecia kółka muzycznego. Rekompensata musiały być koncerty, na które zabierał mnie Tata – wielki miłosnik muzyki. I pomysleć, ze to wszystko działo sie w obrzydliwym PRL-u…

  10. PS. A propos przydatnosci łaciny w nauce innych jezyków. Angielski – niby jezyk bynajmniej nie romański, a konstrukcję accusativus cum infinitivo ma:))) Nie moge rzec, abym znała dobrze francuski, włoskiego i hiszpańskiego nie znam w ogóle, a mimo to nie jestem wobec nich bezradna znajac łacinę:)))

  11. kruk
    26 lipca o godz. 1:37

    Gdzie można znaleźć te tłumaczenia na angielski ?

  12. Nie tylko literatura jest „narodowa”, ale w ogóle cała nauka, bo uczą po Polsku! A ja mam pytanie, co do takiego narodowego osobnika, jak Lem, albo Tuwim. W jakim innym języku, niż Polski można się z jego dziełami zapoznawać, żeby było nowocześnie?

  13. Pan Profesor ma rację, kiedy pisze w zakończeniu swego felietonu, że

    „(…) w każdym większym mieście powinna być dla chętnych i zdolnych klasa o profilu klasycznym. Bo łacina i greka to wielki świat i w dodatku nasz świat. Lecz wejście do niego kosztuje lata pracy. Łacina na godziny to potwarz dla kultury, groteska i parodia wykształcenia”.

    Oczywiście, nie można nie zgodzić się z powyższymi słowami.
    A propos łaciny na godziny, pamiętam doskonale słowa zawodu mojej córki, że w liceum do którego uczęszczała, łacina była jedynie w pierwszej klasie i tylko jedną godzinę w tygodniu.
    Ma rację także uczestniczka forum „Kalina”, która podkreśla przydatną znajomość łaciny, podczas nauki innych języków obcych. Rzeczywiście, kto np. opanował angielski, francuski, włoski lub hiszpański, o których wspomina „Kalina”, ten z pewnością docenił wcześniejszą naukę łaciny. Przyznaję, że ja nie znam łaciny. Pewnie dlatego, będąc studentem i ucząc się angielskiego, musiałem poświęcić na to znacznie więcej czasu, niż np. moja znajoma farmaceutka, która wcześniej opanowała łacinę.
    Z kolei inny uczestnik forum, słusznie zastanawia się: „ilu będzie chętnych do studiowania łaciny i filozofii?”. Tego nie wiem, ale podejrzewam, że – wbrew pozorom – może być ich znaczna ilość? I bardzo dobrze!
    Ponadto, podobnie jak wspomniany wyżej forumowicz, w szkole podstawowej miałem także wychowanie muzyczne i wychowanie plastyczne. Pomimo tego, mnie również nie nauczono grać na jakimkolwiek instrumencie, ani śpiewać, ani malować, ani rysować. Jeżeli pamięć mnie nie myli, to „muzykę” i „plastykę” mieliśmy po jednej godzinie w tygodniu. Także specjalnie nie zadbano, aby autentycznie zainteresować dzieci i młodzież muzyką i plastyką. Wspominam to z żalem.
    Ale … chciałbym, aby sprawa była jasna do końca, a mianowicie: nawet gdybym w szkole podstawowej miał lekcje „muzyki” i „plastyki” po 15 godzin w tygodniu, to i tak by niczego nie zmieniło. Chociażby dlatego, że nigdy nie wykazywałem jakichkolwiek zdolności muzycznych bądź plastycznych. Mówię wyłącznie o sobie.

    Wspominając swoją naukę w szkole podstawowej i średniej, czyli łącznie 12 lat – w l. 1964-1976, a więc w realiach zupełnie odmiennych od dzisiejszych, pamiętam również, że niewiele większe pojęcie miałem także z fizyki, chemii i matematyki. Tak więc, po maturze – nawet nie marzyłem o tym, aby podjąć studia politechniczne. A potem, ewentualnie, starać się o pracę w Dolinie Krzemowej lub w NASA. Oczywiście żartuję.
    Pamiętam natomiast, że od piątej klasy szkoły podstawowej do czwartej klasy szkoły średniej, czyli łącznie 8 lat, uczyłem się języka rosyjskiego. Na naukę tego języka – przeznaczono wówczas 2 godziny w tygodniu. Podpowiem młodszym forumowiczom, że w tamtej epoce, nauka języka rosyjskiego w szkolnictwie podstawowym, zawodowym i średnim była obowiązkowa. Ponadto trafiłem do szkół, w których solidnie uczono tego języka. Dlatego piszę z pełną odpowiedzialnością, że kto tylko chciał, ten w ciągu 8 lat, był w stanie opanować język rosyjski, przynajmniej w stopniu komunikatywnym. I to bez względu na całą ówczesną, tzw. otoczkę polityczno-ideologiczną, związaną z obowiązkową nauką języka rosyjskiego w Polsce.
    Do dzisiaj uważam, że warto znać jakikolwiek język obcy, w tym również rosyjski.

    Panie Profesorze,
    dziękuję Panu za podjęcie tego tematu.

  14. głos zwykły
    26 lipca o godz. 12:15

    „A ja mam pytanie, co do takiego narodowego OSOBNIKA [podkreśl. moje], jak Lem, albo Tuwim”.

    Proszę Pana, czytam Pańskie komentarze na forum i dlatego zwróciłem również uwagę na powyższy.
    Otóż, wiadomo wszystkim, że Stanisław Lem oraz Julian Tuwim mieli pochodzenie żydowskie, urodzili się i wychowali w rodzinach żydowskich, w mniej lub bardziej zasymilowanych: Lem we Lwowie, a Tuwim w Łodzi.
    Pomimo tego, byli – przede wszystkim – twórcami i przedstawicielami kultury oraz literatury polskiej! Bez Lema i Tuwima, literatura i kultura polska byłyby z pewnością uboższe.
    Dlatego też, nazywanie Lema bądź Tuwima lub jakichkolwiek innych przedstawicieli kultury oraz literatury polskiej – „osobnikami”, moim zdaniem, wydaje się daleko nieszczęśliwe, niestety.
    Proszę nie traktować mojej uwagi, jako „czepiania się”. Jedynie wyraziłem swoją opinię.

  15. Lata 50 te.Komuchy kazały wkuwać łacinę przez 4 lata ,i astronomię. przez rok.Dlaczego mnich z Torunia ,pozwolił na wprowadzanie języka barbarzyńców ,?DLA równowagi wara od kosmologii i astronomii,którę przeczą powstaniu świata ,przed 6 tysiącami lat.

  16. Lektoraty na studiach zajmowały po pięć godzin każdy i jeszcze trzeba było dużo w domu popracować. Godzina łaciny w liceum jest rzeczywiście tylko symboliczna a jako alternatywa dla plastyki i muzyki jest wyrazem lekceważenia dla wszystkich tych trzech dziedzin. Rodzi też podejrzenie, że autorzy pomysłu niewielki mieli z nimi kontakt.

    @basia.n
    Tłumaczenia na angielski na tym blogu i na blogu DE zniknęły kiedy kliknęłam na “opublikuj komentarz”. Na blogu EP ktoś inny musiał kliknąć, bo krótko po pojawieniu się tekstu angielskiego wrócił tekst polski. Rozwiązanie tej intrygującej zagadki pozostawiam redakcji “Polityki” nie mając sama zamiłowania do intryg.

  17. Lektoraty na studiach zajmowały po pięć godzin tygodniowo i jeszcze trzeba było w domu dużo popracować. Godzina łaciny w liceum jest rzeczywiście symboliczna a jako alternatywa dla muzyki i plastyki jest wyrazem lekceważenia dla tych trzech dziedzin. Rodzi również podejrzenie, że autorzy pomysłu niewiele mieli z nimi styczności.
    @basia.n
    Tłumaczenia na angielski na tym blogu i na blogu DE zniknęły kiedy kliknęłam na “opublikuj komentarz”. Na blogu EP ktoś inny musiał kliknąć, bo wkrótce po pojawieniu się tekstu angielskiego wrócił tekst polski. Rozwiązanie tej intrygującej zagadki pozostawiam redakcji “Polityki” nie mając sama zamiłowania do intryg.

  18. Lingua latina pulchra est.
    Lacine i greke mialem w gimnazjum szwedzkim. Przydatne bardzo w studiach religioznawstwa ( filozofia religii) a takze w moich kursach lingwistyki.Jezyki nowozytne bez uprzedniej znajomoscu laciny i greki ( gramatyka) trudne do opanowania np. etymologia.
    Slawistyka bez laciny. Nie wyobrazam sobie.. Slowianoznawstwo to moje hobby.
    Moze o tyle ulatwione, poniewaz tesc byl akademikiem na szw. .uczelni i tlumaczyl z jezykow slowianskich / ros. serbo- chorw, czeski)

  19. Powiadaja. ze lacina jest jezykiem „martwym” , ale czy ta dyskusja jak i tekst pana Profesora nie zadaja klam temu sloganowi?

  20. Mr Hyde
    26 lipca o godz. 14:15
    Tak jest owi „narodowcy” mieli takie incydencje rodzinne. A ponadto Lem, który zdobył uznanie jako pisarz SF był, także fenomenologiem , stosującym metodę rozwarzania tematu, wziętą z Talmudu. Stąd też używam słowa „osobnik”, aby podkreślić, że jest to szczególny przypadek w naszej narodowej literaturze. Wcale nie inny był Tuwim, który pichcił swe utwory z jeszcze większej ilości podejrzanych składników. Zasadne jest więc pytanie o język w jakim ma być nauczany.

  21. Ktos tu wspomnial „farmaceutyczna lacine”…istnieje rowniez „lacina medyczna”, ale tylko w Polsce… w krajach anglosaskich dawno o niej zapomniano i medycyna tam naprawde kwitnie…. zreszta, co to za lacina… nawet nie popluczyny po lacinie literackiej….w Ameryce Pn, na ktorej Polacy chca sie wzorowac (ktos wspomnial Silicon Valley) wiekszy pozytek przynosi znajomosc matematyki, fizyki i chemii, niz plynnosc w jezykach i lacinie…chyba ze, ktos marzy o karierze filologa na uniwersytecie, ale w tym przypadku, jest tam duza konkurencja o stanowiska…poniewaz sam stoje niejako w rozkroku lubie literature, ale uprawiajac na codzien nauki scisle, bylbym za edukacja klasyczna….szkola amerykanska i kanadyjska juz od dawna zostala pozbawiona ambicji edukacyjnych, ktore wciaz istnieja w szkole polskiej…. a przy przyjmowaniu do pracy po studiach, bardziej liczy sie znajomosc programow telewizyjnych niz laciny… podczas interview mozna zostac sklasyfikowanym jako „nerd”, a to nie jest atutem w wielu firmach… pierwszym etapem w selekcji CVs jest udzial panienki po high school, ktora ma alergie na kulture i edukacje…

  22. konczac, dodam, ze umiejetnosc „guglowania” i „wikowania” jest teraz wazniejsza niz jakas glebsza wiedza…. zawsze mozna znalezc w internecie znaczenie jakiejs sentencji lacinskiej…

  23. „Tylko nieuk, i to zakłamany, mógł wymyślić coś podobnego. Tylko niewykształcony dureń, który tak właśnie myśli, może proponować szkolną naukę filozofii w takim wymiarze.” Brakuje nazwisk!
    I to by było na tyle.
    A do Lema i Tuwima należałoby dodać znanego w świecie propagatora folkloru mazowieckich żydów
    (Chyba że to pańszczyźniani chłopscy stypendiaci stworzyli podwaliny tej muzyki).

  24. ” Ministerstwo oświecenia publicznego, czy jak tam je zwą, „- dla takich i podobnych zwrotów p. Profesora che się tu być . Co do ministerialnych głupich decyzji to uważam, że ich autorstwo zbyt mocno pozostaje anonimowe, stąd ich mnogość. Ujawnianie nazwisk to świetne na deficyty rozumu lekarstwo

  25. do @pombocka (z poprzedniego wpisu)
    szkoda, ze doszedles do tych wnioskow tak pozno, po fakcie…

  26. jeszcze jedna uwaga o nauce jezykow… zaluje do tej pory, ze nie nauczylem sie lepiej jezyka rosyjskiego….ale w tamtym czasie byl to protest polityczny przeciwko „sowietyzacji”…

  27. Wychowanie muzyczne w szkole powszechnej nie służyło nauce gry na instrumencie, od tego jest szkoła muzyczna.
    Wychowanie muzyczne pozwalało uczniom poznać muzykę, jej historię, mody i inne imponderabilia pozwalające zrozumieć, co przyświecało twórcom muzyki przy jej komponowaniu. Czasem były też lekcje śpiewu w szkole. Ogólnie bardzo miłe mojej duszy zajęcia.
    Wychowanie plastyczne zapoznawało nas ze sztukami plastycznymi w szerokim pojęciu. Poznawaliśmy style w sztuce, malarstwie, rzeźbie i innych sztukach plastycznych. Także rysowaliśmy na zadany temat.
    Chodziłam do szkoły dość dawno, ale cieszę się, że miałam jedną lekcję tygodniowo każdego z tych przedmiotów. Ach, jeszcze dwie lekcje wychowania fizycznego w tygodniu, w sali gimnastycznej.
    Cieszę się, że miałam je od pierwszej klasy (rysunek, śpiew) aż do klasy maturalnej w liceum.
    Na szczęście – nie miałam lekcji religii.
    Ani jednej w szkole przez 13 lat nauki aż do matury. Może w tym jest różnica…

  28. Drogi Gospodarzu. Pamiętam z PRL-owskiej szkoły naukę „wiedzy o kulturze”, rozbitej wtedy na muzykę i plastykę. Ta pierwsza, to fałszywie śpiewane piosenki, żałosna w wykonaniu większości gra na flecie (a może na „macie”- „macie flety, macie nuty, macie grać”). Plastyka to żenujące bohomazy malowane akwarelami lub kredkami, bo na wyjaśnienie techniki, żeby powstałe dzieło nie straszyło, brakowało nauczycielom czasu, ochoty i wiedzy. Z reguły jednego i drugiego przedmiotu mieliśmy dwie godziny w tygodniu- czyli cztery godziny straconego czasu.

    Nawet jak ktoś miał talent muzyczny czy plastyczny, to po 8 latach szkoły przestał go mieć.

  29. Skąd to zdziwienie? Przecież w liceach ogólnokształcących przedmiotów artystycznych nie ma od dawna, istnieje tylko jedna godzina w pierwszej klasie przedmiotu o nazwie „wiedza o kulturze”. Takie proporcje przedmiotów „naukowych” do „artystycznych” (50:50), jakie oferują szkoły średnie w innych krajach, to przecież nie u nas.

  30. PA2155
    26 lipca o godz. 18:02

    Łatwo mówić „Szkoda, że nie wcześniej”, kiedy się już widzi gotową materię. Bodziec do zrobienia czegoś przychodzi dokładnie wtedy, kiedy przychodzi – ani wcześniej, ani później. Do wniosków, o jakich mówisz, doszedłem jakieś półtora roku PRZED faktem i przeprosiłem publicznie jakubka – a razem z nią jeszcze dwie panie za moją niepotrzebną krytykę ich inności, i od tej pory byliśmy z jakubkiem kompatybilni. Z czasem przeszliśmy na prywatne kontakty poza blogami i coraz dalej nam było do blogów. Gdyby żyła, bylibyśmy już całkowicie poza blogowym targowiskiem próżności – na moich wodach, w moich dżunglach, na polnych drogach, ścieżkach, bezdrożach prowadzących, jak wszystko, ku nicości. Żadne pojedyncze powiedzenie czegokolwiek „wcześniej”, „później”, „w sam raz” nie ma wpływu na blogowe losy kogokolwiek.

  31. głos zwykły
    26 lipca o godz. 16:57

    … ten pospolity kutas podsrywacz nie wart jest uwagi… jakub01 bis…

  32. cóż,… będzie to usankcjonowanie łaciny podwórkowej jako przedmiotu szkolnego

  33. Szczytem kołtuństwa to jest dopiero „nauczanie” on line. Najnowsze doniesienia* pokazują regres wyników matur i końcowych egzaminów gimnazjalnych i podstawowych. Niewątpliwą bezpośrednią przyczyną jest nauczanie przez internet, co edukatorzy wszelkiej maści wzięli skokiem na głowę w nieznaną toń. Nadwątlony kregosłup polskiej edukacji tego nie wytrzymał a Pan Panie Profesorze o łacinie???
    „https://wiadomosci.wp.pl/matura-2020-wyniki-juz-niedlugo-niepokojace-sygnaly-od-egzaminatorow-6534119343302785a

  34. Mam pytanie czy Pola, to jest płeć genderowa, i mam do czynienia ze zwykłym chamem uważającym się za kobietę bo przybrał żeński nick, oraz dlaczego nagle z tematu edukacji staczamy się do zwykłej pornografii z serii publiczne poniżanie.

  35. Oczywiście że warto uczyć łaciny – którejś ze jej współczesnych odmian. Nieporównanie bardziej logicznie byłoby wprowadzić choćby taki hiszpański, obecnie jeden z głównych języków świata. No ale jak napisał prof. Hartman, PiSowskim prymitywom nie o wykształcenie chodzi.

  36. pombocek
    26 lipca o godz. 22:37
    mialem na mysli wszystkich twoich „przyjaciol blogowych”, ktorzy okazali sie wilkami w owczych skorach, gdy przyszlo co do czego…ale, masz racje , ze do tego trzeba czasu i sytuacji, aby zrozumiec…ich tlumaczenia o tych 11 botach to zwykla fantazja…ale nie masz szans, aby ich przekrzyczec…. 🙂

  37. PiS chce lacine bo kosciol mysli, ze mlodziez sie zainteresuje sredniowieczem i pojdzie studiowac skrypty koscielne.

  38. głos zwykły
    27 lipca o godz. 12:14

    … to po prostu moja naturalna reakcja na smród podsrywaczy forumowych, zwłaszcza mających głos zwykły i jak piszą „rozwarzających” tematy…

  39. Nexus
    27 lipca o godz. 12:22
    PiS-owskim prymitywom chodzi o szybkie wzbogacenie się. Ale nie każdy PiS-owiec to prymityw. Twierdzenie przeciwne to w gruncie rzeczy tzw. antysemicka kalka, czyli rodzaj prymitywnej i wrogiej generalizacji wobec podmiotu uznanego za wroga. Bzdurą jest jednak uznawać ok. 11-12 mln polskich obywateli za wroga i to nie wiadomo czyjego.

  40. Pola
    27 lipca o godz. 19:04
    Rozumiem, że jesteś blogowym chamem udającym durną blogerkę, będącą trollem.

  41. Pola twój poprzedni nick to Tad.R. Nawet nie zadałeś sobie trudu, aby coś w sposobie i poziomie własnej wypowiedzi zmienić. Impotent. Ha co robić. I tacy są zwolennikami. Tylko, czego?

  42. PA2155
    27 lipca o godz. 17:02

    Dziękuję, PA. Odkąd zrozumiałem, że zwykle nie pisujesz na kolanie – a na kolanie każdemu się przytrafi – czytam Twoje wpisy uważnie. W przedmiotowym babka wróżyła na dwoje dokładnie po równo i zabrakło wyraźnego wskazania. Stąd, przyznaję, wyszła moja zmyłka. Rozumiem, że chciałeś jak najkrócej, by nie zajmować miejsca pozatematycznym wpisem.

    Kiedyś sama mi wpadła mi do głowy ilustracja takich mylących językowych konstruktów. W 60. latach miał na uniwerku wrocławskim wykłady z historii filozofii dla wydziałów humanistycznych prof. Andrzej Nowicki, na których bywały tłumy, a ja słuchałem go – co mi się rzadko zdarza – z otwartą gębą, zwłaszcza kiedy mówił o Vaninim lub Giordano Bruno. Więc kiedy 6 czy 7 lat potem wyszła jego książka „Ostatnia noc Vaniniego”, a ja już mało się interesowałem filozofią – od razu ją miałem. Z takim zapałem przeczytałem ze dwa razy i furt wracałem do ciekawszych kawałków, że mi się zaczęła śnić. I raz się obudziłem z takim czymś:

    – Jesteś Bogiem albo Vaninim.
    – Jestem nim.

    I niech ktoś zgadnie – kim.

  43. @głos zwykły – 27 lipca o godz. 20:24
    Tłuku psychopatologiczny, nawet po polsku nie potrafisz sklecić poprawnego zdania, a co tu mówić o łacinie czy grece.
    Przenieś się ze swoją mądrością na ściany klozetów na stacjach kolejowych może tam znajdziesz odpowiednich admiratorów twoich mądrości.

  44. Zgadzam się z panem profesorem, jako szkolony językoznawczo, że godzina nauki tygodniowo jakiegokolwiek języka to śmiech na sali, nie nauka. Zgadzam się też z tym, że jeśli martwa łacina, to wyłącznie dla chętnych. Świetnie pamiętamy, jak wyglądała skuteczność nauki rosyjskiego dla niechętnych w PRL. Ale i języków zachodnich. Demobilizująca była sztuczność ich nauczania po tej stronie żelaznej kurtyny wobec niemożności lub mocno ograniczonej możności użycia ich po tamtej.

    Pomyślałem o tym, czy jest coś, czego przez jedną godzinę w tygodniu, czyli kilkadziesiąt w roku, dałoby się nauczyć lub przynajmniej zapoznać z materią na tyle, by powstało jakieś rozumienie roli i wagi tej materii w życiu człowieka.

    Najpierwsze, co mi przyszło do głowy, to uczenie obyczajów, codziennych zachowań, uważnego zachowywania się w miejscach publicznych, rozumienia i praktycznego stosowania starożytnej zasady „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”, szanowania przyrody itp.

    Drugie, co mi przyszło do głowy, to uczenie myślenia. Uzmysłowienie najpierw w religijnym (raczej religianckim) kraju, że to nie dar z nieba jednakowy dla wszystkich, lecz zdobywana w pocie czoła umiejętność – jak kopanie rowów, podnoszenie ciężarów, gimnastyka artystyczna, granie na fujarce. Nie ma przedmiotu szkolnego „myślenie”, a nauka myślenia odbywa się przez obserwowanie i małpowanie otoczenia. Stąd, w jakim się jest otoczeniu, takim się staje myślicielem. A potoczne, najgłupsze z możliwych przekonań jest takie, że JA sroce spod ogona nie wypadłem i umiem myśleć. Tak umiesz myśleć, jak się nauczyłeś. Jeden z trudem podrzuci 40 kg, wytrenowany ciężarowiec – 240. Nieporozumienia między człowiekowatymi biorą się m.in. stąd, że chyba wszyscy co do sztuki są mocno przekonani, że umieją poprawnie myśleć. Oczywiście, logika (propedeutyka filozofii), która była kiedyś przedmiotem w liceum, to tylko jeden z technicznych elementów nauki o myśleniu.

    Nie da się nauczyć myślenia w ciągu godziny, ale można zachęcić do samodzielnego zdobywania tej umiejętności. Wygrani są ci, którym się trafili mądrzy nauczyciele, rodzice – lub choćby jeden przypadkowy osobnik – zachęcający własnym przykładem do głębszego poznawania świata i samego siebie. Choćby jeden człowiek, który dał impuls.

    W ciągu jednej godziny można tak przedstawić rolę języka pojęciowego w myśleniu, że zapamięta się na całe życie. Można obrazowo nauczyć rewidowania własnych przekonań, przyznawania się do błędów, można uzmysłowić, że wysoką, jeśli nie najwyższą, szkolą jazdy jest krytyczne widzenie nie tylko otoczenia, lecz i samego siebie – i że to też nie jest dane z nieba, lecz trzeba się tego uczyć. Na jednej lekcji można przeanalizować z uczniami parę przykładów takiego zachowania i zasiać ziarno, które u niejednego może nawet na tej lekcji wypuści pierwszy korzonek.

    W ciągu jednej godziny tygodniowo można przez rok nauczyć niezłego pływania.

    Pewnie można w tym krótkim na oko czasie nauczyć lub choćby zapoczątkować o wiele więcej. Zwłaszcza kiedy się chce uczyć drogi wiodącej ku duchowemu bogactwu i realnej wolności jednostki i rozumienia jej ograniczeń w społeczności, a nie drogi ku duchowemu ubóstwu i realnemu zniewoleniu pod chytrymi hasłami wolności.

  45. Na jednej lekcji tygodniowo można chyba przez rok nieźle nauczyć rozmawiania. W kłótliwej Polsce rozmawianie zgodne ze znanymi co najmniej od czasów filozofów greckich regułami jest umiejętnością egzotyczną.

  46. Czyżby ujawnił się tu następny troll?

    PA2155 27 lipca o godz. 17:02
    Pombocek 26 lipca o godz. 22:37
    mialem na mysli wszystkich twoich „przyjaciol blogowych”, ktorzy okazali sie wilkami w owczych skorach, gdy przyszlo co do czego…ale, masz racje , ze do tego trzeba czasu i sytuacji, aby zrozumiec…ich tlumaczenia o tych 11 botach to zwykla fantazja…ale nie masz szans, aby ich przekrzyczec….

    Rozsiewasz pomówienia. Nie było mowy o 11 żadnych botach. Bot to nie człowiek Była natomiast mowa o 11 nickach, pod którymi pisała – i bluzgała – jedna osoba, znana skądinąd blogowiczom jako jak.ub.01. Została pod tym nickiem zbanowana na dwóch blogach, zatem wyprodukowała 11 innych nicków – tylko po to, żeby zaśmiecić blog „Loose Blues”. Za ten cały proceder odpowiada konkretna osoba – a nie bot, a tym bardziej nie 11 botów. Jej odpowiedzialność została potwierdzona przez informatyków zatrudnionych w „Polityce”.

    Ja rozumiem, że dla ciebie wiedza komputerowa to czarna magia, ale popisywanie się swoją niewiedzą nie ma sensu. Poza tym podszczuwasz w tym samym stylu, co wielokrotnie zbanowana „jak.ubek”. Nie idź tą drogą.

  47. Panie Profesorze,
    Po co nauczać filozofii, jak większość z nas ma to we krwi. Jedni żyją niczem a inni kantem.
    I gdzie tu logika?
    Pozdrzwiam

  48. głos zwykły
    28 lipca o godz. 0:02
    głos zwykły
    28 lipca o godz. 0:23

    … tym razem „polska socjalistyczna” wyręczyła mnie pisząc delikatnie o forumowym podsrywaczu wabiącym się głos zwykły:

    Tłuku psychopatologiczny, nawet po polsku nie potrafisz sklecić poprawnego zdania, a co tu mówić o łacinie czy grece.
    Przenieś się ze swoją mądrością na ściany klozetów na stacjach kolejowych może tam znajdziesz odpowiednich admiratorów twoich mądrości
    „.

    I to by było tyle podsrywaczu głosie zwykłym rzeczoznawcyznawcy „rozwarzającym” – jak sam pisze.

  49. kogo rajcuja babcie z marginesu…

  50. Jeżeli dzięki lekcji łaciny zniknie z repertuaru imię Klaudia/Klaudiusz (łac kulawa/kulawy), to mnie to wystarczy

css.php