20.07.2014
niedziela

Ratujmy nasze dzieci!

20 lipca 2014, niedziela,

Papież Franciszek w niedawnym wywiadzie dla „La Repubblica” orzekł, że według wiarygodnych danych około 2 proc. księży, w tym również biskupów i kardynałów, dopuszcza się czynów pedofilskich.

Rzecznik Watykanu Federico Lombardi – najwyraźniej w panice – uciekł się do podważenia wiarygodności wywiadu, powołując się na brak znaku zamknięcia cudzysłowu w tej części wywiadu, w której pada to szokujące stwierdzenie.
Czytaj całość →

13.07.2014
niedziela

Do młodego korwinisty

13 lipca 2014, niedziela,

Posłuchaj przez chwilę głupiego lewaka (swoją drogą: kto to taki ten „lewak”? umiecie to jakoś sensownie określić?). Mam Ci do powiedzenia kilka prostych rzeczy, tak od serca. Zanim oplujesz ekran, szyderczo parskając na moją głupotę, zrób proszę mały wysiłek i przeczytaj ten artykuł do końca, bez emocji, bez poczucia wyższości, nie szukając w każdym słowie pretekstu do śmiechu – po prostu uczciwie i z otwartym umysłem.

Jeśli w komentarzach zdobędziesz się na coś więcej niż obraźliwe inwektywy, chętnie na nie odpowiem. Może uda mi się przekonać Cię i skłonić do uwolnienia się od politycznego czaru, któremu uległeś? Przez te ćwierć wieku widziałem już wiele takich przypadków, więc moja nadzieja niekoniecznie jest płonna.
Czytaj całość →

6.07.2014
niedziela

Siła i lud

6 lipca 2014, niedziela,

Tupu tupu, tupu tupu, idzie knur do punktu skupu; gęgu gęgu, gęgu gęgu idzie gęś do punktu lęgu. To taka wesoła piosneczka o PRL-owskiej głupawce, czyli infantylno-sielankowej propagandzie, która zrobiła nam w głowach chlupu chlupu. Mamy chlupu chlupu dalej, bo wydaje się, że jak te knury i gęsi tuptamy sobie w stronę długiego tunelu, nie mając pojęcia, co jest po drugiej stronie. Wiemy tylko, co jest u wejścia i zdaje się, że coraz mniej nam to przeszkadza. Do tunelu zapraszają Kaczyński z Korwinem i Rydzykiem, a jakby komuś było jeszcze mało, to ma w odwodach Macierewicza, Hofmana, Ziobrę, Gowina i paru biskupów od gender.

Dlaczego naród jak zaczarowany brnie w tę czarną dziurę? Powodów jest kilka. Po pierwsze nie bardzo przeszkadzają mu lustracje, tromtadracje i nacjonalistyczne wzmożenia, bo 90% ludzi może mieć pewność, że zemsta polityczna i represje nie dotkną ani ich, ani ich rodzin. Po drugie odrażająca nacjonalistyczna i religiancka ględa, połączona z jadowitymi oszczerstwami i insynuacjami, pewnej liczbie nieźle politycznie zmobilizowanych osobników odpowiada (w końcu głosują nie tylko mądrzy i przyzwoici, ale ci odwrotnie też), a wielkiej rzeszy innych nie przeszkadza. W końcu wszyscy wychowaliśmy się w przeświadczeniu, że władza zawsze raczy nas zakłamaną propagandą i żąda od nas jej przyjęcia za potwierdzeniem. Czy to jest „sojusz robotniczo-chłopski”, czy „Maryja królową Polski” to naprawdę nie ma znaczenia. Ważne, że od małego nas czymś tam wałkują, więc jesteśmy wywałkowani. A jak się już bardzo na to wszystko wkurzymy, to głosujemy na cyników, szyderców i błaznów, którzy zresztą pełnią w demokracji rolę przystawek do połknięcia przez dużych graczy. Po trzecie, naród myśli w kategoriach przeznaczenia. Myśli sobie (głowami wyborców): no, tak widocznie już musi być; taki to jest kraj. Muszę chodzić do kościoła, bo nie chcę mieć kłopotów w rodzinie i z sąsiadami, muszę chodzić na wybory i głosować na PZPR, bo wiele to mnie nie kosztuje, więc po co miałbym się stawiać, no i muszę dziś głosować na PiS, bo ksiądz tego ode mnie oczekuje. A nuż jest Bóg i ksiądz ma do niego jakieś dojścia? Lepiej na wszelki wypadek nie zagłosuję na Tuska, bo jeszcze Bóg podpatrzy i mnie za to ukarze.

Obywatel lubi trzymać z władzą, zwłaszcza tą, „która ma być”. A od władzy słabnącej odwraca się ze wstrętem. To jego zemsta – nienawidzić sprzeczności tkwiącej w oksymoronie „słaba władza”. Skoro więc Tusk nie daje rady Kaczyńskiemu, to widocznie opatrzność wspiera Kaczyńskiego. A skoro opatrzność wspiera, to co ja się nie będę wyłamywał.

Tak to mniej więcej działa i dlatego tupu tupu. Zaczarowane PO nie jest w stanie nic zrobić. Rząd i działacze stracili już wiarę w zachowanie władzy i każdy tylko myśli, jak się samemu urządzić. Po przegranych wyborach, jednych i drugich, zniknie połowa stanowisk. Trzeba się więc zatroszczyć, żeby zachować miejsce w szalupie. Tymczasem kapitan tonącego statku ogranicza się do dyrygowania orkiestrą. Póki gra muzyka, póki leci tango „Polacy, nic się nie stało!”, można trwać jak w transie, na wpół już obojętnie czekając na kolejne taśmy. Da się nie wyrzucić skompromitowanych ministrów? Widocznie da się, skoro się nie wyrzuca. Da się pokazać w procedurze wotum zaufania dla rządu, że swoi posłowie nadal są swoi? Da się. Tym bardziej, że nie mają ci posłowie dokąd przejść. Da się iść w zaparte, bo to taki kraj, że honor, standardy, że coś tam, to tylko ble ble ble. Lud tu na ulicę nie wychodzi, chyba że można fajnie, po kibolsku porozrabiać albo ksiądz dał błogosławieństwo i zachętę, jak w przypadku niedawnych napaści na teatry. Ale żeby obalić Tuska z powodu jakichś tam taśm? Kogóż to obchodzi? Czy od tych taśm ktoś będzie miał gorzej? Mniej zarobi? Więc sprawa jest małego kalibru. Ale głosować na takich, co dali się nagrać i zrobili z siebie niezłych frajerów, to już byłby niehonor. Skoro Tusk frajer, to Kaczyński jest teraz gość i trzeba na niego. Naród lubi wygrywać, więc trzyma z wygranymi. Proste jak Hegel.

Jeśli nie wydarzy się jakiś cud nad Wisłą, powrócą piękne lata lustracji, antydemokratycznych ustaw uchwalanych w trybie nocnym, pokazówek, agentów Tomków, pseudomocarstwowej hucpy na salonach Europy, a marsze patriotów w podkutych butach i gniewne procesje obrońców wiary będą zakłócać nasz spokój z regularnością większych i mniejszych świąt i świątek. W telewizji znów będzie świętojebliwie, a w szkole ze zdwojoną siłą odżyje szowinistyczny i rozfanatyzowany pseudopatriotyzm. Będą pochody, będą akademie, będą kwiaty i pieśni. Będzie zupełnie, wypisz, wymaluj, jak w PRL. Władza będzie kochać lud i stać na straży godności wielkiego narodu, będzie czuwać i wroga pędzić precz, a jedynie słuszna ideologia jako oczywista oczywistość będzie nas otaczać ze wszystkich stron. A ludzie? A ludzie będą, tak jak w PRL, kręcić się wokół swoich marzeń o mieszkaniach, samochodach i wczasach w Bułgarii (pardon, w Egipcie), na propagandowe festyny władzy patrząc z pobłażaniem i nadzieją na darmową kiełbaskę. Aż do czasu, gdy ktoś inny okaże się na tyle silny, że godny ludowego poparcia. Bo siła ludu jest po stronie silnych.

PS Usłużne jak zawsze internety podpowiedziały mi cały tekst wspomnianej na początku satyrki. Warto przypomnieć i dać na wzór, bo za chwilę inteligencji nie pozostanie nic innego, niż powrócić do swych literackich zabaw:

Przez zieloną wieś
idzie sobie gęś,
tup tup, tupu tupu
wprost do punktu skupu.
Przez zieloną wieś
już nie wraca gęś,
już nie wraca gęś,
bo oddała jaja, pierze,
dla ojczyzny swej w ofierze
patriotka gęś!

Przez zielony bór
idzie sobie knur,
tup tup, tupu tupu
wprost do punktu skupu.
Przez zielony bór
już nie wraca knur,
już nie wraca knur.
Oddał szynki, oddał głowę,
dla ojczyzny swej ludowej
patriota knur

Albo po prostu posłuchajcie:

PS2 Mamy mały kłopot techniczny z zatwierdzaniem komentarzy i mogą być opóźnienia. Przepraszamy!

20.06.2014
piątek

500% pedofilskiej normy!

20 czerwca 2014, piątek,

Przyszła ostatnio moda w Kościele katolickim na msze pokutne za pedofilię. Dotarła nawet nad Wisłę, bo i tutaj, w Krakowie, odbyła się takowa uroczystość. Można by powiedzieć, że jest to krok we właściwym kierunku, gdyby spełniono kilka elementarnych warunków pozwalających człowiekowi dobrej woli powziąć hipotezę, że owe msze odprawiane są w dobrej wierze. Tych warunków jednakże nie tylko nie spełniono, lecz w dodatku wykorzystano ową niby to pokutną mszę do powielania kłamstw i oszczerstw. Oto co powiedział kard. Dziwsz:

„Nie wolno nam pocieszać się tym, iż procent księży winnych wykorzystania seksualnego dzieci i młodzieży nie jest wyższy od tego w innych, podobnych kategoriach zawodowych”. A więc znów to samo przewrotne kłamstwo! Na świecie jest niespełna pół miliona księży i setki procesów o pedofilię, zakończonych skazaniem –  i to tylko w ostatnich kilku latach. W samej kurii rzymskiej toczy się takich procesów ponad 200! W jakiejż to kategorii zawodowej, purpuracie, masz podobny „procent”? Kogo zamierzasz zohydzić swoją insynuacją? Może nauczycieli? A może rolników? Albo taksówkarzy?

Nawet w Polsce jeden na tysiąc księży ma wyrok za pedofilię! To tak jakby w Warszawie mieszkało 2000 pedofilów z wyrokami! Swoją drogą, co to są „podobne kategorie zawodowe” do księdza? Bardzo jestem ciekaw… Czy może jeden na tysiąc mnichów buddyjskich jest pedofilem? A może jedne na tysiąc aktorów? Albo iluzjonistów? Może przypomnę: z szeroko publikowanych przez agencje kościelne danych MSWiA wynika, że w Polsce ca. 1 na 5000 dorosłych obywateli w ciągu ostatnich 10 lat miał wyrok za nadużycie seksualne wobec dziecka (łączenie ok. 6000 osób). W przypadku księży (27 wyroków) jedno skazanie przypada na 1000 osób. A więc księża wyrabiają 500% normy!!! Tak, tak, kardynale. Tylko jeden na 5000 Polaków został w ciągu minionej dekady skazany za czyn pedofilski i aż jeden na 1000 polskich księży otrzymał taki wyrok. Czytasz to samo, co ja i wiesz o tym tak samo dobrze, jak ja. „Pięć razy częściej! Pięć razy częściej!”. Powinniście sobie to zdanie, biskupi, przypiąć do baldachimów, aby patrzeć na nie, ilekroć rano otworzycie oczy.

Gdyby Kościół chciał choćby udać dobrą wolę w kwestii pedofilii, przede wszystkim uczyniłby ją przestępstwem. Tymczasem prawo watykańskie nie przewiduje więzienia za pedofilię i nigdy żaden obywatel Watykanu na pedofilię nie siedział w watykańskim więzieniu. Siedzi sobie za to na złotych poduszkach w Watykanie niejaki bp. W., polski obywatel, na którego polska prokuratura ma mocne dowody, ale rzekomo zaprzyjaźniona z Polską Stolica Apostolska ani myśli go wydać. Dostał obywatelstwo watykańskie i stosowny „immunitet dyplomatyczny”, a z tym państwem umowy o ekstradycji nie mamy. Zresztą i to by nie pomogło, bo pedofilia w Kościele nie jest przestępstwem, a jedynie przewinieniem niewielkiego kalibru. Można za nią co najwyżej wylecieć z roboty. Nie pierwszy to i zapewne nie ostatni pedofil zażywający wywczasu pod opiekuńczymi skrzydłami papieży.

Elementarny cywilizowany standard prawny to pierwszy warunek, jaki PR kościelny musiałby spełnić, aby przekonać świat, że Kościół chce się zmienić i zapłacić za swoje winy. Drugi warunek to pełna współpraca z wymiarem sprawiedliwości w wykryciu i osądzeniu już popełnionych przestępstw (zgłoszenie nieznanych jeszcze władzom przypadków, udostępnienie archiwów, solidne zeznania przed organami śledczymi) oraz podobna współpraca w przyszłości, odnośnie do przestępstw, które zostaną kiedyś popełnione. Opór przed tym oczywistym wymogiem etycznym (dowiaduję się o zbrodni – dzwonię na policję) jest w Polsce i wielu krajach tak wielki dlatego, że zgodnie ze swoją teologiczno-polityczną doktryną, Kościół uważa państwa świeckie za „państwa ziemskie” (bo oni to są „państwo Boże”), niemalże „szatańskie”.

Uznanie władzy takiego tworu-potworu nad katolickim kapłanem byłoby strasznym poniżeniem. Ksiądz w łapach profana?! Jakiegoś pogańskiego Rzymianina?! Nadprzyrodzona suwerenność Kościoła stanowi o tym, że tylko on może sądzić swoich duchownych. Oto i średniowieczna pycha obnażona. A może się mylę? No, czekam na jakieś księżowskie wytłumaczenie, dlaczego biskupi nie mają w świetle prawa kanonicznego obowiązku wydawania księży w ręce świeckiej sprawiedliwości. Nawet teraz, gdy podstawieni pod ścianą papieże niby już to nakazują, wcale się tak nie dzieje. Ilu pedofili wydali polskim prokuratorom polscy biskupi? Żadnego. Za to chętnie kablują do Rzymu. Bo tam jest ukierunkowana ich lojalność – tam dla nich jest państwo; nie w Warszawie. Do niedawna jeszcze składali przysięgi na wierność Rzeczypospolitej. Dzisiaj już i tego nie ma (może dobrze, bo po co sobie z gęby robić cholewę).

Trzeci warunek to odwołanie kłamstw. Kłamstwa, że pedofilii w Kościele nie ma więcej, niż gdzie indziej. Kłamstwa, że Kościół od lat ją zwalcza. Za te kłamstwa, takie jak to dzisiejsze kard. Dziwisza, trzeba przeprosić solennie i odrębnie.

Czwarty warunek: wzięcie na siebie obowiązku zadośćuczynienia ofiarom. Kościół powinien zadeklarować pełną współpracę z organizacjami reprezentującymi interesy ofiar księży-pedofili i zachęcać ofiary do zgłaszania roszczeń. Ofiary trzeba też odrębnie przeprosić za cyniczną i szyderczą „propozycję”, że w ramach zadośćuczynienia Kościół zorganizuje dla nich pomoc psychologiczną. Dawno nie widziano w przestrzeni publicznej czegoś równie odrażającego, jak ta obleśna zachęta winowajcy wobec swojej ofiary.

Piąty i najważniejszy warunek: przyznanie się do odpowiedzialności instytucjonalnej i finansowej za gigantyczną skalę pedofilii w Kościele, jej zorganizowany charakter i systemowe jej tuszowanie przez długie dziesięciolecia, na całym świecie. Kościół w każdym kraju ma moralny obowiązek utworzyć fundusz na poczet zabezpieczenia roszczeń ofiar i hojnie nim dysponować, nie czekając na wyroki.

Wypowiedzi hierarchów kościelnych, odżegnujących się od odpowiedzialności Kościoła i „prywatyzujących” winę duchownych, którzy to mieliby ponosić jedynie osobistą karną i cywilną odpowiedzialność, są przejawem skrajnego cynizmu i moralnej anomii. Żaden z biskupów mówiących te okropne rzeczy nie ma najmniejszej nawet wątpliwości co do tego, że księża pedofile popełniają swoje czyny wykorzystując fakt, że są księżmi i związaną z tym przewagę psychiczną nad swoimi ofiarami.

W zdecydowanej większości przypadków dopuszczają się swych lubieżnych czynów w czasie wykonywania swych obowiązków zawodowych (biorąc je sobie za pretekst i okazję), a bardzo często w pomieszczeniach kościelnych. Ponadto księża ci z zasady byli „kryci” przez swoich zwierzchników, którzy nie powiadamiając policji albo prokuratury stawali się ich wspólnikami. Znów: za wypieranie się winy i umywanie rąk Kościół także musi przeprosić solennie i osobno. Podobnie jak za gadanie bredni, że prawo polskie nie przewiduje odszkodowań od instytucji za czyny jej pracowników. Co was to obchodzi? Ważne, że wypłaty odszkodowań prawo wam nie zabrania! Więc skoro nakazuje je wam elementarne poczucie moralności (a także PR – gdybyście chcieli poprzestać na tylko na udawaniu), to po prostu płaćcie!

Ile lat od spełnienia tych warunków i ustanowienia takich zmian musiałoby upłynąć, aby zmyć hańbę stuleci pedofilskich zbrodni? Wiele lat. Wiele lat, podczas których udzielanie komukolwiek moralnych pouczeń byłoby kpiną i zelżywością dla ofiar. W myśl etyki katolickiej takie oczyszczenie byłoby możliwe tylko pod warunkiem długotrwałej pokuty, zadośćuczynienia i żałowania grzechów – aż do wybaczenia przez Boga i ofiary. Jeśli tak się nie stanie, wszelkie msze pokutne i inne „przeprosiny” będą tylko obłudnym mydleniem oczu i pretekstem, by cynicznie rzucać w twarz ofiarom: „no, czego jeszcze chcecie, przecież już was przeprosiliśmy!”. Otóż kasy, Misiu, kasy chcą ofiary. Za przepraszam nic się nie kupuje. Nawet w sklepiku z dewocjonaliami. Czego jak czego, ale strzelistych aktów moralnych od was akurat ofiary księży pedofilów ani się spodziewają, ani potrzebują. Wystarczy, jak zapłacicie. A to boli, co nie?

16.06.2014
poniedziałek

Tusku, wstydu oszczędź!

16 czerwca 2014, poniedziałek,

Obstawiałem, że Tusk poświęci Sienkiewicza i będzie się starał odwrócić uwagę od kompromitacji rządu, kierując ją na nielegalność podsłuchów i zagrożenie państwa przez takie praktyki. Sprawdziło się tylko to drugie. Jestem szczerze zdziwiony i zdegustowany, że Tuska nie stać nawet na wyrzucenie ministra, który stracił zaufanie społeczne i naurągał jemu osobiście. Nie, bo nie. Wyrzucenie ministra mogłoby przecież zostać odebrane jako słabość. Lepiej więc iść w zaparte. Podobnie było z Czumą, podobnie z Gowinem. Wyrzuci, ale wtedy, kiedy sam będzie chciał, a nie wtedy, kiedy mu to Kaczyński podyktuje. Sądzę, że Tusk wręcz zakazał Sienkiewiczowi składać dymisję.

Głupi to upór. Polacy czekają na poważną reakcję premiera w sprawie, która dotyczy całego państwa i jego samego. Skoro nie wyrzuca Sienkiewicza, to może się go boi? Bo chyba nie darzy go nadal pełnym zaufaniem, prawda? A skoro się boi, to może Sienkiewicz i służby coś tam na Tuska mają? Albo na jego rodzinę? Trudno nie mieć takich myśli, a to już samo w sobie wystarczy, żeby przeciąć wszelkie spekulacje i podjąć zdecydowane kroki. Jednak Tusk woli przeczekać. Zobaczy co mu przyniosą służby (kierowane nadal przez Sienkiewicza…), zobaczy co tam ciekawego będzie w sondażach. A wotum nieufności jakoś tam ogarnie, jeśli tylko nikt nie zatrzaśnie się w toalecie.

Tak sobie jakoś myśli. I pewnie wierzy w swój własny argument, że ci, którzy domagają się odwołania rządu idą na pasku intrygantów, którzy stworzyli nagrania i je upublicznili. Marny argument – powstrzymanie się od żądania odwołania rządu z powodu chęci nieulegania przestępcom jest wewnętrznie sprzeczne, będąc tak samo postępowaniem zależnym od tychże łobuzów (jest nawet na to termin: sprzeczność performatywna). Żeby zachować niezależność po prostu trzeba podejmować decyzje całkowicie wyłączając własne domysły co do celów osób, które dokonały nagrań.

Zachowanie Tuska pogrąża go i czyni kwestię wiarygodności całego rządu tym bardziej aktualną. Być może Sienkiewicz nie złamał prawa. Złamał zasady. Podobnie jak Belka. O zmniejszaniu deficytu przez wykup obligacji rządowych NBP ma prawo rozmawiać z rządem, ale tylko formalnie, nie zaś z szefem MSW przy alku. To śmieszne, żenujące i groźne. Prezes NBP nie ma zaś prawa wywierać nacisków na rząd w kwestii personalnej obsady ministra finansów. Nie tylko bowiem NBP musi być niezależny od rządu, ale i odwrotnie. Wchodząc z rządem w układy na poziomie personaliów, obie instytucje popadają we wzajemną zależność, bez względu na to, kto tu stawia warunki, a kto je spełnia. Dlatego Belka również powinien podać się do dymisji. Również, bo nie wyobrażam sobie, że dymisji nie złoży Sienkiewicz. Jeśli jest człowiekiem, honoru…

Co będzie dalej? Bez wątpienia PO straci część wyborców, na czym korzysta reszta. Bardzo możliwe, że obudzi się Schetyna bądź inni wrogowie Tuska i dokona się zamach stanu w partii rządzącej. Nie miałoby to większego znaczenia, gdyby nie to, że wzrasta prawdopodobieństwo powrotu Kaczyńskiego do władzy. Cokolwiek będzie się teraz działo, cała cywilizowana i demokratyczna klasa polityczna powinna jednoczyć się wokół wspólnego celu, jakim jest ratowanie Polski przed recydywą IV RP. Politycy, bądźcie odpowiedzialni!

A Pan, Panie Premierze, niech nas nie zawstydza swoim robieniem dobrej miny do złej gry. To głupia mina. A Pan, Panie Ministrze, niech poda się do dymisji, bez względu na to, co powiedział premier. Wszyscy będą Panu za to wdzięczni. Dość tego obciachu, Panowie!

 

11.06.2014
środa

Deklaracja obywatelska

11 czerwca 2014, środa,

Marzy mi się, aby światli Polacy zareagowali na wypowiedzenie lojalności państwu polskiemu przez grupę lekarzy, własną deklaracją lojalności wobec Rzeczypospolitej Polskiej. Mogłoby to wyglądać tak, jak poniżej. Sygnatariuszom osławionej “Deklaracji Jasnogórskiej” polecam wzięcie do lewej ręki swojej żałosnej fanatycznej elukubracji, rodem z czasów inkwizycji i stosów, a do prawej tego, co tu przedstawiam. Oto miara waszego zacofania i waszej zdrady wobec obywatelskiej powinności. Czytajcie i wstydźcie się. Może zobaczycie dziś albo jutro ten ocean (ocean krwi ofiar nietolerancji i prześladowań religijnych), który dzieli was, z waszą średniowieczną umysłowością moralną, od współczesnego stadium moralnego rozwoju cywilizowanej ludzkości. Wtedy może pomyślicie o nieszczęściach i cierpieniach, do których prowadzi czy to religijna egzaltacja, czy to bezprzykładny oportunizm lekarzy przedkładających posłuszeństwo wobec woli biskupów (na urągowisko ludziom wrażliwym nazywających to posłuszeństwo “sumieniem”) nad obowiązujące prawo, zdrowy rozsądek i zwykłe człowieczeństwo. Wy sobie sumieniem gąb nie wycierajcie, gdy każecie nosić aż po samoistny masywny krwotok ciąże pozamaciczne albo płody gwałtu na małych dziewczynkach! Jeśli Bóg istnieje, zapłacicie za swoje okrucieństwo!

 

Deklaracja obywatelska

funkcjonariuszy publicznych i innych osób

wykonujących zawody zaufania publicznego

 

My, niżej podpisani, obywatelki i obywatele Rzeczypospolitej Polskiej, będący funkcjonariuszami publicznymi w rozumieniu prawa, bądź szerzej – wykonujący zawody zaufania publicznego, takie jak adwokat, lekarz, nauczyciel, pielęgniarka, prokurator, policjant, polityk, sędzia, urzędnik państwowy lub samorządowy, żołnierz – deklarujemy, co następuje:

  1. Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej i wartości, na których opierają się zawarte w niej normy, jak również prawo RP i przepisy regulujące wykonywane przez nas zawody są podstawą naszej działalności zawodowej oraz etosu, który wypełnia tę działalność treścią moralną.
  2. Jako lojalni obywatele, wszędzie i zawsze przestrzegać będziemy polskiego prawa, kierując się zarówno jego duchem, jak literą. Zastrzegając sobie przysługujące każdemu obywatelowi demokratycznego państwa prawo do krytycyzmu wobec poszczególnych ustaw bądź przepisów, zobowiązujemy się dążyć do ich zmiany wyłącznie za pomocą środków legalnych, nie zaś poprzez nieposłuszeństwo prawu ani przedkładanie innych systemów normatywnych (np. prawa religijnego czy też prawa obcego państwa) ponad prawo polskie.
  3. Jesteśmy świadomi faktu, że życie moralne społeczeństwa opiera się na publicznie obowiązujących normach, których wyrazem jest między innymi prawo, nie zaś na najsilniej nawet ugruntowanych przekonaniach jednostek. Dlatego w przypadku, gdy w swej działalności zawodowej staniemy w obliczu konfliktu naszych najgłębszych przekonań moralnych, metafizycznych bądź religijnych z literą przepisu bądź z poleceniami naszych przełożonych, nie mogąc się do nich zastosować, będziemy to traktować jako sytuację nadzwyczajną, wymagającą interwencji i pomocy właściwych do tego organów, czy to będących dla nas zwierzchnością, czy to rozjemczych lub sądowych, tak aby zainteresowane strony nie poniosły żadnego uszczerbku na przysługujących im prawach.
  4. W sprawowaniu przez siebie funkcji publicznych i ról zawodowych nie będziemy kierować się własnym światopoglądem, wiarą religijną ani przekonaniami metafizycznymi, a przynajmniej będziemy usilnie starać się, by przekonania te nie miały wpływu na sposób wykonywania przez nas czynności zawodowych. Wymaga tego od nas Konstytucja RP, która deklaruje bezstronność państwa w kwestiach religijnych, światopoglądowych i filozoficznych (art. 25, pkt 2), a także konstytucyjna zasada równości obywateli wobec prawa. Rozumiemy, że sposób, w jaki traktowany jest obywatel przez urzędnika, lekarza, nauczyciela czy innego funkcjonariusza publicznego nie może być uzależniony ani od osobistych przekonań tego funkcjonariusza, ani od tego, jakie poglądy i postawy reprezentuje obywatel, na rzecz którego funkcjonariusz wykonuje swoje czynności. Jeśli jest inaczej, oznacza to nadużycie władzy i zasad sprawowania urzędu.
  5. Zgodnie z duchem i literą Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej obiecujemy wystrzegać się wszelkiej dyskryminacji kogokolwiek ze względu na pochodzenie, wyznanie, światopogląd, poglądy polityczne, płeć, wiek, niepełnosprawność czy orientację seksualną oraz zwalczać przejawy takiej dyskryminacji w swoim otoczeniu zawodowym, podobnie jak wszystkie inne naruszenia prawa.
  6. Różnimy się między sobą pod względem światopoglądowym, religijnym i politycznym; mimo to wierzymy, że wraz ze wszystkimi ludźmi dobrej woli, naszymi współobywatelami, tworzymy wspólnotę opartą na wzajemnym szacunku i zaufaniu, wspólnotę, w której wszyscy mogą czuć się równi i wolni, bez względu na to, jakie reprezentują poglądy i styl życia. Wzajemny szacunek między ludźmi, demokracja i praworządność, nienaruszalne prawa i swobody jednostki, jak również prawne gwarancje równego traktowania wszystkich obywateli przez państwo, bez względu na dzielące ich różnice, to fundament szczęśliwego i sprawiedliwego społeczeństwa.

 

Niech żyje suwerenna Rzeczpospolita Polska – demokratyczny i praworządny kraj wolnych ludzi!

 

31.05.2014
sobota

Pańskie jaja lekarzy

31 maja 2014, sobota,

Egzaltacja religijna jest tajemniczym zjawiskiem. Wzruszenie, które towarzyszy komuś oddającemu się bez reszty swoim przewodnikom i panom w swoistym wolnym akcie zrzeczenia się własnej wolności, zrównoważonemu i racjonalnemu człowiekowi wyobrazić sobie bardzo trudno. Osobliwość zjawiska fanatyzmu sprawia, że zeloci zdają się nam obcy i szaleni. Boimy się ich, bo w swym zaczarowaniu mogą być nieobliczalni.

No, wyobraźmy sobie, że obawia się w Polsce grupa „lekarzy muzułmańskich”, którzy oświadczają na piśmie, że będą przedkładać prawo boże (którego źródłem jest, jak wiemy i jak się samo przez się wszak rozumie Bóg i natchniony przez niego Koran) nad prawo Rzeczypospolitej Polskiej. Co by na to powiedzieli „lekarze katolicy”? Cóż, zapewne powiedzieliby, że tu jest Polska, a nie Arabia Saudyjska i owszem, prawem Bożym mahometanie kierować się mogą i powinni, ale jedynie w tym zakresie, w jakim prawo koraniczne pokrywa się z Prawdziwym Prawem Bożym, zapisanym w Biblii i wykładanym przez Kościół katolicki. W taki mniej więcej sposób zbudowana była „debata publiczna” w epoce prenowoczesnej: który Bóg i która wiara są prawdziwe i kogo należy wyeliminować jako heretyka.

W niesłychanej i bezprecedensowej tzw. „Deklaracji jasnogórskiej” („Deklaracja wiary lekarzy katolickich i studentów medycyny w przedmiocie płciowości i płodności ludzkiej”), podpisanej przez ponad trzy tysiące lekarzy i pielęgniarek, egzaltowany autor aż dławi się i drży od wzniosłego dogmatyzmu, który stał się jego natchnieniem. Tu nie wyraża się poglądów, przekonań, a nawet wiary. Tu „przyjmuje się prawdę, iż…”. Tu nie mówi się, że zapłodnienie pozaustrojowe jest niezgodne z naszym światopoglądem religijnym i przekonaniami moralnymi – tu snuje się opowieść o świętości organów płciowych, których mogą używać wyłącznie wybrani przez Boga.

To jest naprawdę jazda po bandzie. Dlaczego ludzie to podpisują? Ano zapewne są tacy, którzy owładnięci religijną egzaltacją podpisują to szczerze. Większość robi to jednak z oportunizmu i pospolitej bigoterii. Boją się odmówić, gdy ktoś ich do tego nakłania, albo po prostu mają nadzieję, że złożenie podpisu da im polisę ubezpieczeniową w razie jakichś lekarskich kłopotów. Potężny kościelny protektor sprawi, że są nietykalni. W razie jakiegoś konfliktu będzie można podnieść larum, że prześladują katolików! Między innymi będą mogli sobie dowolnie nadużywać prawa zwanego „klauzulą sumienia” i nikt im nic za to nie zrobi.

Nieszczęsny dokument jest dobitnym wyrazem patologicznych relacji między Kościołem i znaczną częścią środowiska lekarskiego oraz lekarskim samorządem. Kościół dąży do tego, aby w możliwie największym stopniu kontrolować życie społeczne i polityczne danego kraju, w którym jest zainstalowany. Przejawia ambicje w wielu dziedzinach (edukacja, kultura, media), ale jakoś w szczególny sposób interesuje się prawem medycznym (aby w największym możliwym stopniu odzwierciedlało dogmaty katolickie i aktualną ideologię Watykanu)  i kontrolowaniem środowisk medycznych. W Polsce udało się nieźle. Korporacja lekarska jest ogromnie zainteresowana usługami kościelnymi, za które odpłaca się nieformalną ekskluzywną opieką medyczną dla hierarchów, a nawet zwykłych księży. Symbiotyczny układ polega na tym, że strzegąca swej absolutnej suwerenności korporacja chowa się pod parasol kościelny i daje okadzać ze wszystkich stron kościelną retoryką aksjologiczną, dzięki czemu za kurtyną tych kadzidlanych dymów może czuć się całkowicie swobodnie. Nikt nie tknie „lekarzy katolickich” i nikt nie zarzuci im, tak przecież pobożnym, żadnych nadużyć. Atak na lekarzy, atakiem na Kościół! Ratunku, lewacy nas biją! Ostentacyjna czołobitność środowisk lekarskich wobec Kościoła jest sygnałem dla społeczeństwa i władzy: jesteśmy prawie święci, a jeśli coś wam się nie podoba, to pamiętajcie, że zadzierając z nami, zadzieracie z Kościołem, a może i z samym Bogiem. Symbioza dwóch potęg przybiera czasami postać groteskową. Wyobraźcie sobie, że nawet komisje bioetyczne, wydające zezwolenia na prowadzenie badań biomedycznych z udziałem ludzi, zatrudniają księży w charakterze bioetyków. Dzięki temu nikt spoza „swoich” nie wtrąca się do „wewnętrznych spraw” medycyny.

Cena, którą płaci korporacja medyczna, za protekcję książąt Kościoła, jest niska. Wystarczy okresowe rytualne potwierdzanie kościelnych dogmatów i aktualnej linii kościelnej propagandy. Trzeba czasem coś tam wspomnieć w przemówieniu o godności, świętości lub dżender, zaprosić biskupa na imprezę i powitać go przenajserdeczniej, wreszcie kogoś tam bez kolejki zoperować. Drobiazgi. Dużo to nie kosztuje.

Niestety, tym razem oni zażądali więcej. Każą podpisać akt bezapelacyjnej wiernopoddańczości. No, trudno. Dobrze, że to tylko podpis. Ważne, że kasy nie chcą. Więc się podpisuje. Tak to działa. Lojalki były, są i będą. Prawda?

Tylko że tym razem, Drodzy Państwo, przeholowaliście. Mieszanina pychy i obskurantyzmu w „Deklaracji wiary lekarzy” i sposobie jej upowszechniania, bezprzykładna bufonada waszych „kamiennych tablic” sprawiają, że buntuje się przeciwko wam nie tylko przerażone waszym fanatyzmem społeczeństwo, lecz również duża część środowiska lekarskiego, w tym również wielu lekarzy-katolików, którzy muszą się za was wstydzić. Możecie sobie leżeć krzyżem albo plackiem przed ołtarzem. To wasza sprawa. Dzięki liberalnej rewolucji, która zwyciężyła feudalizm i fanatyzm państwa wyznaniowego, żyjemy w wolnym kraju. Owoce wielkiej etycznej rewolucji epoki liberalnej są dla wszystkich – dla was również. Dawno już zgasły stosy a kościelne sale tortur oglądamy już tylko w muzeach. Każdy może sobie wierzyć w dowolnych Bogów i dowolne Prawa Boże swoich objawień. Mogą być one żydowskie, chińskie, a nawet czeskie. Stare albo nowe. Jesteśmy wolni i możemy żyć wedle zasad dowolnej wiary. Wy też! Byle w granicach prawa. Wy tymczasem mieliście czelność rzucić wyzwanie swojemu państwu i jego prawu, powiadając, że uznajecie „pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim”. Czym jest owo „prawo Boże”? Kto je zna i autorytatywnie podaje jego treść? Czy może Budda? Mahomet? Czy jednak może Jezus? A za Jezusem czy może Koptowie albo Zielonoświątkowcy? Chyba jednak Kościół Rzymskokatolicki, czyż nie? Oto polscy lekarze, wykonujący zawód zaufania publicznego, śmią nazywać swoje przekonania metafizyczne i religijne „prawem Bożym”, tak jakby było czymś bezspornym, że jest Bóg i jaka jest treść jego objawień. Jakby nadal trwało średniowiecze. Śmią wypowiadać posłuszeństwo prawu swojego państwa, przedkładając nad nie prawo, którego manifestacją jest korpus prawny obcego państwa – Stolicy Apostolskiej. Bo tylko tam – w rozumieniu sygnatariuszy i ich pojmowania „prawa Bożego” – żadnej sprzeczności między „prawem Bożym” i „ludzkim” być nie może. Otóż tego tolerować nie wolno. To nie jest zwykle nieposłuszeństwo obywatelskie. To jest wyparcie się obywatelstwa. Jeśli macie honor, zapłaćcie za swoje przekonania. Jeśli przedkładacie lojalność wobec prawa Bożego, a tym samym wobec prawa kanonicznego, nad lojalność wobec praw swej ojczyzny, podajcie się do dymisji. Za swoje przekonania trzeba umieć płacić cenę! Waszą ojczyzną jest od dziś to państwo, w którym konflikt między prawem ludzkim i Bożym jest nie do pomyślenia. Tym państwem jest Watykan. Jeśli nie umiecie być lojalnymi obywatelami Polski, wiernymi polskiemu prawu w wykonywaniu zawodu znajdującego się pod szczególną opieką państwa, jedźcie i pracujcie tam, gdzie stać was będzie na lojalność wobec państwa i jego prawa. Jedźcie do Watykanu! Bo tu jest Polska! Świecka, demokratyczna i wolna! Ani katolicka, ani ateistyczna. Nasza wspólna. Nie uda wam się jej zawłaszczyć. Jeśli jednak zabraknie wam odwagi, niech wasi pracodawcy zadbają o to, by nie leczyli nas lekarze jawnie deklarujący, że gotowi są łamać polskie prawo, gdy jego litera nie będzie odpowiadać ich wyobrażeniom i lojalnościom religijnym, czyli „prawu Bożemu”, tak jak sami je rozumieją. Obowiązkiem pracodawcy, który dowie się, że jego pracownik zapowiada złamanie prawa, jest zażądać od tego pracownika jasnej i jednoznacznej deklaracji: czy będzie pan/i zawsze przestrzegać przepisów polskiego prawa? Brak takiej jednoznacznej odpowiedzi oznacza, że pracownik stracił prawo do zaufania publicznego, a tym samym stracił zdolność prawną do wykonywania zawodu. Taką osobę trzeba natychmiast zwolnić. Takie stanowi zresztą również prawo Boże. Czy wyobrażacie sobie, lekarze katoliccy, że jakiś lekarz watykański podpisuje deklarację, z której płynie wniosek, iż gotów jest nie respektować prawa kanonicznego, jeśli nie będzie się ono zgadzać z jego sumieniem? Naprawdę myślicie, że pozwolono by mu nadal praktykować za murami? No więc nie dziwcie się, gdy was spotkają podobne konsekwencje. Za swoje słowa trzeba ponosić odpowiedzialność.

 

10.05.2014
sobota

Niech zawsze będzie tęcza!

10 maja 2014, sobota,

Wracam z Parady Równości. Było nas ok. 300. Nieśliśmy gigantyczną, na kilkadziesiąt metrów długą tęczową flagę i pod dyktando bębnów oraz tamburynów maszerowaliśmy z transparentami i balonami, podrygując nieco, z dawnego rynku kazimierskiego (Plac Wolnica), przez Rynek, na Plac Szczepański. Byłem już na kilku paradach równości w Polsce i w Niemczech, ale nigdy nie było mi tak smutno jak dzisiaj. Proste i czytelne przesłanie: osoby LGBT zasługują na takie samo traktowanie, jak wszyscy inni, uchodzi u nas za ekscentryczne „epatowanie seksualnością”, ba, prowokację. W rzeczy samej – prowokowaliśmy tymi swoimi agresywnymi hasłami: „Równość nie zrobi się sama” oraz „Równość – tak, nienawiść – nie”, bo przyszło do nas w odwiedziny blisko 500 młodych ludzi, wyzwać nas od kurew i pedałów oraz zaproponować nam „wielką Polskę katolicką”. By chronić nas przed prawdziwymi Polakami i chrześcijanami policja musiała zmobilizować kilkuset ciężkozbrojnych funkcjonariuszy plus helikopter. Jako że mam często do czynienia ze studentami sympatyzującymi z tzw. narodowcami i nieraz już wdawałem się z nimi w dyskusje, podszedłem do kordonu policji i w przerwach między „Zakazami pedałowania” itp. próbowałem coś do tych ludzi powiedzieć. W większości byli to zwykli chłopcy z bloków (pojedyncze dziewczyny były również), chociaż przemieszani z klasycznymi dresiarzami oraz agresywnymi kryminalistami o, by tak rzec, zakazanych obliczach. Wołałem do nich „jaką krzywdę uczynili wam homoseksualiści? Czy pobili was, okradli?”. Wołałem na tę „Polskę katolicką”: „Czy katolicyzm to nienawiść i pogarda?’. Starałem się patrzeć w oczy tych ludzi, nawiązać z nimi jakiś kontakt. Osiągnąłem tyle, że usłyszałem histeryczny wrzask, po wielokroć powtarzany: „Umyłeś dupę pedale, umyłeś dupę? Na tym zakończył się mój dialog polityczny. Raz mogłem poczuć to, co tak często czuje polski „pedał”.

Jak widać z powyższego, wcale nie ma w Polsce problemu dyskryminacji osób LGBT. Nikt nimi nie pogardza, nikt nie obraża. Nie ma problemu, póki go sami nie robią. Wystarczy nie urządzać prowokacyjnych marszy, to się nie będzie słuchać wyzwisk. Siedzieć cicho i pedalić się za zamkniętymi drzwiami. No i cieszyć się, że już za to nie wsadzają do więzienia. Taka jest właśnie publiczna doktryna RP 25 lat po odzyskaniu wolności i 10 lat po wejściu do UE! Tak myślą aparatczycy PO, nie mówiąc już o zaprzyjaźnionym PiS i innych akolitach. Wyżyny etyczno-intelektualne godne kadr rządowych dużego kraju w środku Europy.

Pytam się was, PO-PiSowi filistrzy, rządzący tym krajem od dekady, co się dzieje w polskich szkołach, co się robi na lekcjach WOS i religii, że mamy w Polsce setki tysięcy młodzieży, dla których nienawiść do Żydów i pedałów jest całą ich mądrością i całą ich wzniosłością? Dla których plemienna pycha i plemienna nienawiść jest jedynym znanym im doświadczeniem społecznym?

Oddaliście szkoły w pacht hipokrytom i nienawistnikom o ciasnych horyzontach i wielkim sercu, pełnym pogardy i pychy, a także tchórzliwym i oślizłym oportunistom, skwapliwie przytakującym klerykalno-szowinistycznej hucpie, wycierającej sobie gęby słowem „patriotyzm”, którego znaczenia nawet nie przeczuwają. To ze szkół i kościołów wychodzą ci nieszczęśnicy, których świat zamyka się w kategoriach my, nasze glany i nasz klub piłkarski oraz oni – lewacy, pedały i kibice innej drużyny. To uczniów i absolwentów polskich szkół, spędzających setki godzin na „lekcjach wychowawczych”, religii i WOS każdego dnia eskortują tysiące policjantów z okazji meczów, ustawek i innych kibolsko-narodowych rozrób – żeby trochę mniej bili i niszczyli. Co uczyniliśmy tym młodym ludziom, że oni czynią to nam? Otóż to. Nic dla nich nie uczyniliśmy. Po prostu przez te kilkanaście lat ich życia pokazaliśmy im świat tak zakłamany, że nacjonalistyczna egzaltacja i plemienne poczucie mocy są ostatnimi przyczółkami autentyczności, jakie były im dostępne. To nie oni są winni. To my. Zawaliliśmy sprawę z młodzieżą. Bo dzieci się kocha, uczy i wychowuje, a nie zalewa piwem i koszaruje w kościołach i na stadionach. I czemu tu się dziwić, że wykradają je nam gangsterzy. Donaldzie Tusk, zamiast tak wytrzeszczać wilcze oczyska z tych koszmarnych bilbordów, zająłbyś się wreszcie młodzieżą. Bo tu nie Orlików trzeba, lecz odwagi i troski, która zmieni polską szkołę i polskie wychowanie. Już haratnęliśmy w gałę. Teraz trzeba wziąć się do roboty. Ale to kosztuje. Tymczasem na budowaniu państwa i obywatelskiego społeczeństwa wyborów się nie wygrywa…

W pokojowym, kolorowym marszu zabrakło polityków. Poza Joanną Senyszyn nie było żadnego. Co jest z wami? Czego się boicie? Równości? Pedałów? Narodowców? Samych siebie? Gdzie była Róża Thun, której wszędzie pełno? Nie ten target? Za duże ryzyko? Gdzie posłowie rzekomo liberalnej i demokratycznej Platformy? Gdzie radni lewicy? Gdzie elity? Zabrakło was, przyjaciele wolności. Na szczęście była starsza pani, która przyłączyła się z ulicy. Prawdziwa krakowska matrona zajęła wasze miejsce w czele pochodu. Mam nadzieję, że wam łyso. A jeśli nie, to możecie mnie pocałować.

6.05.2014
wtorek

My, Europejczycy

6 maja 2014, wtorek,

Za miesiąc, my, Europejczycy, zdecydujemy, czy chcemy iść na prawo, czy chcemy iść na lewo. Wyścig wyborczy do Parlamentu Europejskiego jest wyrównany i naprawdę nie wiadomo, kto będzie miał w PE większość. Tym samym nie wiemy, kto będzie Przewodniczącym Komisji Europejskiej i jakie stronnictwa polityczne reprezentować będą nowi komisarze. A są to rozstrzygnięcia o wiele bardziej istotne, niż „ups and downs” głównych partii w wyborach do parlamentów krajowych. Albo idziemy dalej z tą Europą, albo zatrzymujemy proces integracji. Taka jest stawka. Albo obywatelstwo europejskie będzie abstrakcyjnym dodatkiem do naszych narodowych praw obywatelskich, albo ich prawdziwym, odczuwalnym na co dzień wzmocnieniem. Albo Europa wejdzie do polityki i gospodarki światowej jako jednolity podmiot, mający swoją walutę, własne źródła dochodu, bank, obligacje, dyplomację, siły zbrojne, system transportowy i energetyczny, albo pozostanie nieco bardziej rozbudowaną „strefą wolnego handlu”. Rozpoczęta po II wojnie światowej wielka budowla nie ma jeszcze dachu. Od wyborów 25 maja zależy, czy ten dach powstanie w ciągu następnych pięciu lat, czy też lejąca się nam na głowy woda sprawi, że odechce się nam mieszkania we wspólnym domu. Dlatego te wybory mają znaczenie krytyczne. Szkoda, że większość mieszkańców Polski w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy.

Koalicja Europa Plus Twój Ruch, z której startuję w nadchodzących wyborach, należy do najbardziej prointegracyjnych, proeuropejskich formacji w całej Unii. Nie chcemy superpaństwa, lecz chcemy silnej Europy, która każdemu obywatelowi da niezawodne wsparcie dla jego podstawowych praw, a każdemu z państw narodowych taką siłę polityczną i ekonomiczną, o jakiej nie mogłoby nawet marzyć, działając w pojedynkę. Chcemy Unii Europejskiej jako wspólnej ojczyzny i potęgi politycznej, gwarantującej każdemu z osobna, ale także każdej wspólnocie obywatelskiej i terytorialnej, że jej prawa do samostanowienia i swobodnej aktywności nie będą naruszane z powodu dominacji paternalistycznej władzy partyjnej czy nacjonalistycznej. Chcemy Europy chroniącej wolność, równość i różnorodność przed zakusami władzy autorytarnej, paternalistycznej i egoistycznej. Silna Unia to nie żaden przytłaczający nas wszystkich moloch, lecz wspólna przestrzeń wolności i zabezpieczenie praw każdego obywatela przed superpaństwem, jakim często bywa rząd narodowy. Inaczej mówiąc, obywatelstwo wspólnej Europy to obywatelska polisa ubezpieczeniowa dla każdego z nas – dziś często bezbronnego w konfrontacji z partyjniactwem, lobbystycznym partykularyzmem i biurokracją panoszącymi się w większości państw. Oczywiście, wady krajowych systemów politycznych przenoszą się poniekąd również na Unię, ale filtr polityczny i proceduralny przepuszcza do Brukseli i Strasbourga kadry znacznie lepsze niż te, przeciętnie biorąc, pracujące w urzędach i parlamentach któregokolwiek z krajów członkowskich. Za dużo prawa tworzy Bruksela? Ależ tak – wszelako czyż choroba nadprodukcji prawnej nie dotyka jej w takim stopniu, jak Warszawy? Zdarzają się buble prawne i absurdalne regulacje? Ależ tak, lecz o ileż rzadziej, niż w Budapeszcie, Bukareszcie czy Rzymie. Czy cała ta Unia nie za dużo kosztuje? Nie! Administracja Unii Europejskiej kosztuje z grubsza tyle, co administracja Londynu albo Paryża.

Unia ma za sobą trudne lata kryzysu. Jest dziś na rozdrożu. Szarpią nią populiści, faszyści i wszelkiej maści kunktatorzy, którym marzy się unia podwórkowa – coś w rodzaju spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, jakie tworzą między sobą państwa na różnych kontynentach, celem osiągania wspólnych korzyści z wymiany handlowej i osobowej. Taka unia nie będzie istniała w polityce i gospodarce światowej jako rozpoznawalny autonomiczny podmiot o sile porównywalnej z USA i Chinami. Bez wspólnego banku i budżetu opartego na własnych dochodach Unii z opodatkowania transakcji finansowych bądź CIT, bez wspólnej dyplomacji i wspólnej obrony, bez obywatelskiej wspólnoty Europejczyków, mających w Unii oparcie dla swych praw i dla swej różnorodności, nasz kontynent powoli zamieniać się będzie w skansen kulturowy. Będziemy sobie w nim mieszkać, w swoich staromodnych i coraz bardziej odklejonych od realiów globalnej kultury i polityki, na wpół amatorsko zarządzanych państwach terytorialno-narodowych, śniąc sen o starych dobrych czasach, gdy Europa nadawała ton. A ja bym chciał, żeby nadal ta nasza Europa nadawała ton, choć jej udział w ludności świata i w produkcji kilkukrotnie zmalał od czasów II wojny światowej, kiedy to rozpoczął się proces integracji. Pomyślmy co by wszak było, gdyby wielcy wizjonerzy wspólnej obywatelskiej Europy pokoju, wolności i równości, nie dopięli swego? No, z pewnością Polska nie byłaby dziś „na Zachodzie”, a „Zachód” jako kategoria polityczna i kulturowa w ogóle by już zapewne nie istniał.

Europa to projekt demokratów – ludzi myślących szerzej, niż tylko w wąskim horyzoncie „interesu narodowego”, a więc materialnych korzyści swoich krajów, ulg, przywilejów i udziałów w poszczególnych budżetach. To projekt stworzony przez ludzi, którzy w imię wielkich wartości i mając wizję przyszłości odległej nawet o sto lat, gotowi są dziś tracić, żeby zyskać – wespół z innymi – pojutrze. To projekt liberalny, nastawiony na obronę wolności, równości, a także różnorodności i odrębności kulturowych Europejczyków, nawet kosztem partyjnej władzy narodowych państw, skłonnej do kontrolowania i glajszachtowania wszystkiego o wiele bardziej, niż „eurokraci”. I właśnie tego nie może przeboleć prawica. Jej żądza władzy każe jej szukać dla siebie jakiejś prerogatywy w tym, że jest „u siebie”, swojska i narodowa, a nie „brukselska”. Otóż tak jak władza warszawska chroni nas przed swojskim autorytaryzmem krakowskich rajców, tak władza brukselska broni nas przed warszawskimi nacjonalistami, którzy wyobrażają sobie, że ich władza jest lepsza i lepiej legitymizowana, bo „jest tutejsza”. Nie. Władza brukselska jest tak samo nasza, tylko trochę bardziej profesjonalna i sprawniejsza, niż ta w Warszawie. Tylko idźmy i sami sobie ją wybierzmy. 25 maja.

 

29.04.2014
wtorek

JKM i jego wnuki

29 kwietnia 2014, wtorek,

Był raz taki moment, gdy owładnęły mną czułe uczucia dla Janusza Korwin-Mikkego. Zażyłem z nim cichej wspólnoty lęku (o której on nie wiedział) dnia 5 września 1995 r. na otwarciu Polskiego Zjazdu Filozoficznego. Wtedy jeszcze filozofia była w cenie, dzięki czemu organizatorzy wystarali się o list z pozdrowieniami od papieża Jana Pawła II, będącego wszak swego czasu wykładowcą tej dziwacznej dyscypliny. Na wieść, że zaraz będą czytać papieskie orędzie, sala zaczęła wstawać. I wstałaby rączo, bez zbędnego ociągania się, gdyby nie dwóch wyrzutków społeczeństwa i zaprzańców: Korwin-Mikke i Hartman.

Oto stoją już wszyscy, lecz tych dwóch, w odległości paru foteli od siebie, jeszcze siedzi. JKM kładzie ręce na oparciu swojego fotela, unosi się na parę centymetrów, rozgląda po sali. Widzi, że nie da rady. Spękał. Wstał. Powoli, stękliwie, ale wstał. Patrzyłem na to w napięciu, wciąż jeszcze siedzący i drżący o swój los. Gdy jednak wstał ON, stchórzyłem i ja. Wstałem. I ocaliłem swoje cztery litery. Dzięki Ci JKM! (Oczywiście listu od premiera Oleksego wysłuchaliśmy wszyscy w pozycji siedzącej na spocznij).

Ta anegdotka (prawdziwa w każdym ze swych nielicznych szczegółów) pokazuje, że legendarna niezmienność JKM jest właśnie tylko legendarna. Podobnie jak odwaga i bezkompromisowość. Kiedyś nie był klerykalny, dziś jest. Dziś rzuca na prawo i lewo szyderstwa i wyzwiska, pewien, że za żadne z nich ani moralnie, ani prawnie nie odpowie. Ale żeby czynem dać wyraz swemu zbrzydzeniu wiernopoddańczym klerykalizmem, jaki dwie dekady temu panował w tym kraju, to już nie. Zabrakło odwagi do siedzenia w fotelu, jak siedział. Na moje szczęście. Ba, gotów jest dziś udawać gorliwca, bo przecież jest „konserwatywny”.

Janusz Korwin-Mikke wie, jak być dobrym dziadkiem dla swoich wnucząt. Dobry dziadek pozwala dziatwie dokazywać, ile wlezie, morałów nie prawi, za to podbija dzieciarni bębenek: No, dalej! Hejże! Kopcie, plujcie, szydźcie z kogo chcecie! Nic was za to złego nie spotka. Dziadziuś was obroni. A ile radości z tego będzie! Wielki z niego Anty-Sokrates.  Iście koszmarny sen filozofa.

Drodzy młodzi korwiniści. Znam Wasze uczucia. Sam nie byłem od nich wolny. Przeszło mi tak przed trzydziestką. Właśnie mniej więcej w tym czasie, w którym osadzona jest powyższa anegdotka. Otóż wśród wielkich ludzkich namiętności jest i radość z poczucia własnej wyższości, poczucia moralnej słuszności i czystości, zmieszanego z pogardą dla tych, którzy są na świeczniku bądź też są nieuświadomionymi jeszcze mięczakami. Ta wzgardliwa pewność siebie nazywa się pychą. Pogarda dla władzy, instytucji i w ogóle całego świata „darmozjadów na stołkach” nazywa się zaś resentymentem. Politycy od niepamiętnych czasów grają na tych namiętnościach jak na jakiejś piekielnej lirze. Fałszywa i niebezpieczna to muzyka.

Był już kiedyś, i to przez dobre dwa stulecia, u nas w Europie i tam, za morzem, taki świat, w którym każdy miał to, na co zasłużył, a więc to, co sam zarobił. A władzy nie było nic do tego. W to się nie wtrącała, bo wolność robienia ze swym życiem i pieniędzmi co się chce to była rzecz święta. Poza tym jednak ta władza nie patyczkowała się specjalnie z ludźmi, którzy stawali jej na drodze. Żadnego tam demokratycznego marudzenia! Za to biznes się kręcił i handel się kręcił. Dymiły kominy, pływały statki, powstawały i upadały fortuny, a wokół panował moralny porządek. Pedałów wsadzano do pierdla, podobnie jak roboli, którym we łbach się przewracało i żądali, dajmy na to, ośmiogodzinnego dnia pracy.

Poza tym jednak nikt krzywdy nie miał, jeśli tylko znał swoje miejsce. Trzeba było tylko wiedzieć, kto tu rządzi, kto pan, a kto kmiotek, czyja wiara i tradycja jest cywilizacją, a kto „korzysta z gościny” i jest „tolerowany”. I dało się żyć! A baby siedziały w domu, no chyba, że w szwalni albo tkalni. Fajnie było w tym XVIII i XIX wieku!

A teraz, drogi młody korwnisto, wyobraź sobie, że jesteś w tym świecie, no dajmy na to, dzieckiem pracującym w fabryce 16 godzin na dobę. Albo bezrobotnym umierającym na ulicy. Albo… no, może sam sobie już dośpiewaj. Statystycznie biorąc, najprawdopodobniej twoi pradziadowie i prababki nie byli w tym świecie panami. Pewnie byli chłopami lub robotnikami. I zapewne należeli do tych, którzy kiedyś powiedzieli DOŚĆ! Dość wyzysku, pogardy dla człowieka, nierówności i niesprawiedliwości. Dość pychy panów i ich poniżenia biednego człowieka. Dość wolności bogaczy kosztem niewolnictwa biedoty.

I to „DOŚĆ!” całkiem zmieniło nasz świat. Kosztowało to wiele wojen, które trwały przez połowę minionego stulecia. I oto jakoś znaleźliśmy się w świecie, w którym dzieci nie umierają na ulicach, a ci, którym nie podoba się rząd, nie lądują w więzieniach, lecz idą na wybory. To ten świat „lewaków” i „złodziejskiej Unii Europejskiej”. Jakże obywatele tego świata tęsknią za utraconą wolnością XIX wieku! I jak się garną uciekać z tej koszmarnej Unii do Chin, do Indii, byle dalej od tego całego absurdu!

Wiecie, świat nie jest taki prosty, jak się wydaje. Tu złodzieje – tam sprawiedliwi. Tu moje – tam twoje. Tu normalni ludzie – tam debile i pasibrzuchy. My zdrowi – oni chorzy. My logiczni – oni zakłamani i pogrążeni w absurdzie. Nie, świat taki nie jest. Jest bardzo skomplikowany i delikatny. Może trwać dopóki ludzie mądrzy i roztropni mają przewagę nad prostakami i pyszałkami. Dopóki nie dostanie się w łapy tych, którzy wszystko wiedzą lepiej i wszystko raz-dwa rozpieprzą.

Bo ten świat nie przetrwa, jeśli każdy będzie chodził tylko wokół swego interesu, a wspólnota społeczna to będzie tylko w kościele. To bajka. I to bajka etycznie dość odrażająca. Proszę Was, nie przykładajcie ręki do anarchii, która bierze się z pychy i bezczelności. Nie burzcie świata, bo bardzo go potrzebujecie. I on potrzebuje Was. Nie bawcie się politycznymi zapałkami, bo polityczne pożary sieją spustoszenie większe niż ogień.

A jeśli potrzebujecie autorytetu i przewodnika, to bardzo dobrze. Tylko nie szukajcie go wśród szyderców i brutali, lecz wśród ludzi roztropnych i uprzejmych. Bądźcie mądrzy, skoro jesteście mądrzy.

css.php