15.05.2012
wtorek

Motofrajer

15 maja 2012, wtorek,

Przychodzi taki dzień, a nawet nie jeden, w życiu prawdziwego mężczyzny, że musi się rozstać ze swoim samochodem. Gdy wiedzie go na żyletki, to jakby do grobu odprowadzał. To samo cmentarne uczucie: zmarły odebrał mi kawałek mnie samego, zmienił nieodwołalnie moje życie, które teraz musi już toczyć się bez niego, a co gorsza przypomniał mi o mojej własnej śmierci, co już przecież nie tak daleko. Rozpaczy i rozżaleniu w sukurs przychodzi wszak satysfakcja, że jednak my jeszcze żyjemy, a zmarły zwolnił trochę miejsca, które można zająć samemu albo obsadzić czymś nowym i ciekawszym niż ten świętej pamięci nieboszczyk.

I samochód, idąc na złom, zabiera ze sobą nieodwołalnie ten kawałek naszego życia, w którym on to właśnie był naszym samochodem. Mamy powody go nie lubić go za to, że ukradł nam kęs życia, który wraz z nim się skończył, pochłonięty przez wieczność byłości. A poza tym jest w tym zawsze jakaś realna strata, bo nowy samochód, choćby o niebo lepszy, niektóre rzeczy mimo wszystko będzie miał gorsze. To już nigdy nie będzie „to samo”. Może fotel już nie taki wygodny, może zawieszenie nie tak miękkie, może bagażnik mniejszy.

Mimo to, skoro czeka na nas nowy smarami pachnący nabytek, oczka schną, a pogoda ducha wraca rychle, na sam widok kolejnego towarzysza życia, połyskliwego świadka nowej jego epoki, której jak zawsze wyglądamy z nadzieją (wszak życie zaczyna się po czterdziestce, pięćdziesiątce itd.). Odczuwamy nawet coś w rodzaju wdzięczności dla nieboszczyka, że raczył się dyskretnie usunąć i z czystym sumieniem pogrzebać, robiąc miejsce młodszemu. Czy może samochód dać większy dowód wierności i miłości dla swego pana, niż umrzeć śmiercią techniczną, gdy pan ma już dalej idące ambicje i możliwości?

Bywa jednak i tak, że miast na złom, prowadzimy swego rumaka na targ niechcianych samochodów i pozbywamy się go, niepomni na wierne jego służby, niepomni na swoje własne doń przywiązanie. Zdradzamy i porzucamy jego i samych siebie, wiedzeni na pokuszenie przez obłe kształty kosztownego następcy oraz cudowne perspektywy tego fragmentu naszego żywota, który spędzimy razem.

I ja mogę dziś powiedzieć: za Citroena byłem szczęśliwy. Dziękuję ci, że byłeś, że jeździłeś, że się psułeś (ale jaka to była radość, gdy trzeba było wykupić cię z warsztatu i odnowionego, nieledwie uświęconego skuteczną naprawą, uwozić w miasto!), że byłeś ze mną w rowie i we Włoszech, że słuchałeś się mnie i wiozłeś daleko ode mnie samego, wiernie towarzysząc mym marzeniom i złudzeniom. Dziękuję, żeś był mi sługą, a ja mogłem być ci panem. Dziękuję, że byłeś wierny i niczego nie chciałeś w zamian. Dziękuję ci, ale już cię nie potrzebuję. Swoją drogą, co się z tobą stało, chłopie, że kupiłem cię za 24, a sprzedaję za 7! Czy ja też tak tracę na wartości? No nie, jak się jeszcze jakoś trzymam. Odpadasz trochę, kolego. Ja jadę dalej. Nie z tobą.

Moje pożegnanie z Citroenem jest jednak trochę nietypowe. Porzucam go nie dla wymarzonego trzyletniego Subaru, nie dla Dodge`a Calibra ani Nissana Qashqai z drugiej ręki, lecz dla starego Volvo, co to niejedno już pewnie widziało. Kto sprzedaje samochód, by kupić auto jeszcze dwa lata starsze i dopłacać do tego interesu kilka tysięcy! Ano ja. A dlaczego? Bo mi się tak podoba. Bo sąsiad ma Volvo. A może inaczej – może dlatego, że tak po postu się złożyło? A może Bóg tak chciał? A może tak już musiało być? Kto to wie, jak to wszystko się kręci. Lecz cokolwiek się stanie, choćby i zaraz się ów nowy a stary wóz rozleciał, ja, prawdziwy mężczyzna, zawsze będę bez winy. Bo co się stało, to widocznie miało się stać i służy czemuś lepszemu, co ma stać się w przyszłości. Nie muszę być racjonalny, bo wyższe nade mną i nieprzeniknione czuwają racje. Oto i męska metafizyka. A baby? A baby są jakieś inne.

4.05.2012
piątek

Homo secator

4 maja 2012, piątek,

Wiosna nadeszła. Człowiek sekator już wyciąga swe straszliwe elektryczne nożyce i spalinowe kosiarki, by jak co roku objąć swą od Boga daną władzę nad światem. Będzie ciął do samej skóry ziemi, eliminując każdy przejaw słabości i niesubordynacji: każdą trawkę, gałązkę, krzaczek, każde Bogu ducha nie winne stworzonko. Koty, szczury i gołębie, mlecze, perz i topole, menele, Cyganie i wsioki won ze dwora! A co zostanie: wygolone, okaleczone, związane, zabetonowane i ogrodzone wciąż musi mieć się na baczności. Pod ręką dobrego pana czuwa kosiarka, piła i dmuchawa, szpachlówka, silikon i zaprawa. Nie przegapi żadnego powodu ni pretekstu, by ich użyć. Najlepiej o świcie, by jak tamci dzwonem grzmiącym na jutrznię przypomnieć obcym, co w noc grzeszyli nad książką i chcieliby spać jeszcze, czyja jest ta ziemia, ta ziemia. Bo niczemu żyć nie wolno bez pozwolenia, bez kontroli gospodarza, który na wszystko ma oko i nie zniesie żadnego bałaganu ni samowoli. Jest Gospodarz niebieski i jest jego rządca na ziemi. A więc dzwonem ich i piłą. Przez megafon i kosiarką. A na wieczór grill i disco. Bo gdy już wytnie i wygoli, to biesiadować chce nasz Sarmata z odzysku. Nie podoba się? Wszak wolno-ć Tomku. Jest demokracja, którą sobie kosztem takich ofiar wywalczyliśmy, a jak się nie podoba, to spadać na drzewo!

Homo secator przybył ze wsi i z robotniczych osiedli. Jego dziad babrał się w gnoju i smarach za nędzny kawałek chleba. Lecz teraz świat należy do niego, bo jest demokracja i taka jest sprawiedliwość. Historia potoczyła się kołem – kto u spodu, ten dziś na górze. Triumfuje. Szeroką ławą idzie przez wieś i przez miasto. Odbiera hołdy od polityków z prawa i z lewa, a gdy w telewizji mizdrzą się do Widzów, on wie, że to o niego chodzi. Dla niego Sopot i Hurghada. Dla niego tańczy Halka i dla niego Zosia wiąże kokardki. Dla niego umarł Bóg na krzyżu. Dla niego dwoją się i troją uczeni, by żył w zdrowiu i erekcji po wieki wieków.

A jednak nie. Bo wróg czyha. Nie inteligent, nie Niemiec, nie Żyd nawet. To homo secator jest największym wrogiem samego siebie. Jest faszystą, co stoi z pejczem nad samym sobą, gotów chłostać się za wszystkie słabości i winy swoich upodlonych przodków. A gdy i to nie wystarczy, gdy wódka i kac któregoś razu nie dadzą mu już rozgrzeszenia, wiesza się w garażu. Synowie o byczych karkach znajdą kluczyki.

27.04.2012
piątek

Ja, żydzisko parchate

27 kwietnia 2012, piątek,

Pewne zacne konserwatywne stowarzyszenie poprosiło mnie o prelekcję na temat antysemityzmu w Polsce. Myślę sobie – jakie by podać ciekawe przykłady i nikogo nie urazić? No i wymyśliłem, że zrobię prasówkę z sieci na swój szanowny temat. Oto taka wyklejanka za ostatni tydzień (w autorskim wyborze). Miłej lektury!

„Hartman jest agentem Mosadu. On kilka lat temu nie umiał po polsku dziś jeszcze słów temu człowiekowi brakuje. Stara się narzócic nam jakieś nowe historie z zapomnieniem przeszłosci. A sami robią co rok marsze żywych Holokaust powtarzany co godzinę muzea zydowskie i ulice jak w Izraelu. A ja dziś obchodzę rocznicę. Była rocznica Adolfa który dał pracę wszystkim i rozwinął w niemczech przemysł. A nasz dzisiejszy Adolf niszczy cały przemysł sprzedaje wszystko i odcina dostęp na multipleks ,do prawdziwych informacji. Juz myslą że polska to zydowska kolonia. A Wrocław jest ich stolicą. Na zachodzie i warszawie jest ich najwięcej z przepisanymi nazwiskami. Tylko łba nie moga zmienić aby sie dać nie rozpoznać. I wyznaczają nam kierunek nauki na niewolnika, bez histori. Tylko swojej nie chcą zapomnieć. A są gorsi jak ten z przed 70 laty.”

„Panie mojżeszowy lepiej powiedz jakiemu panu służysz i won z Polski”

„Mam nadzieję, że Żydzi obudzą się, pozwolą dojrzeć człowieczeństwu na dnie ich serc… otrząsną się z pokoleniowej nienawiści wobec innych Narodów. Póki człowiek żyje – ma szansę – na wieczną kąpiel w miłości i świetle… czym jest życie człowieka wobec wieczności ? Chwila cierpień, zmagań, rozkoszy – na końcu kasa, której nie da się oszukać i płacić trzeba sobą…”

„Wiem, że Krzyż przeszkadza bardzo waszemu plemieniu. Zalecam wizytę w okupowanej przez wasze ścierwo Palestynie i zdejmowanie menory i diabelskich heksagramów.od naszych symboli wara psie.”

„Parchate żydzisko udające Polaka”

„Rebbe, skracałbyś trochę, bo hadko czytać, czas tu publiczności marnujesz. Człowiek ofiaruje Ci hojnie kredyt zaufania i szuka w tej twojej robocie jakiegoś choćby i głęboko ukrytego sensu, łudząc się: filozof, więc pewnie kiedyś ocknie się z murarskiego amoku i coś tu rozumnie skrobnie, a Ty brachu wciąż nic, nul, same majaki, jak – nie przymierzając do profesura drugiej przecież klasy – bałaguła jakiś. Do szkoły-ć więc, a nie w felietonisty! Nie na ten stołek byłeś uprzejmy siedzenie posadzić.”

„Ty parchu, won za Don, do Chazaromongolii lub na Synaj, gdzie twoje i wasze, swołoczy, korzenie! A od nas Polaków i Polski, nauczania historii, naszych Bohaterów się odpier..l. Takich jak ty NSZ likwidowala w czasie i po wojnie w tym mój śp. Ojciec oficer WP IIRP i NSZ.”

„Kojejny żydek który będzie w państwie wprowadzał reformy, na szkode państwa polskiego. Ja tylko wspomne pewne wydarzenie historyczne. Mam na myśli rozbiory. Wtedy Polska też była pod naciskiem wielu krajów Rosji, Niemiec I Austrii. Teraz jesteśmy pod naciskiem żydów, amerykańców i uni europejskiej. Przeciez wszyscy wiedzą o tym, że Polska jest prawie w 90% prywatna. Z logiki wynika, że wielkie koncerny mogą kupić tylko osoby które mają pieniądze. A w 95% są to żydzi. Za chwile nastąpi 5 rozbiór Polski…”

W stowarzyszeniu zauważyli przytomnie, że jakbym nie pisał, co piszę, to bym nie czytał, co czytam. Jest w tym, przyznam, jakaś rabiniczna mądrość. Ale ja lubię pisać i lubię czytać!

21.04.2012
sobota

Kołysanka dla Jarka

21 kwietnia 2012, sobota,

Premier in spe, dr Jarosław Gowin, z zawodu znawca i piewca polskiego katolicyzmu, dawno już nie jest skromnym redaktorem bożego naówczas miesięcznika, grzecznym, dobrze ułożonym „młodym człowiekiem”, chwalonym przez krakowskie matrony, podające rączki do ucałowania z najsłodszym uśmiechem „przerażonym naszym ustom”. Na szczęście, choć młodość się skończyła, pozostała uroda i maniery, więc matrony jeszcze ochocze (do czasu). Z tą grzecznością i skromnością to jednak jakoś wychłódło. Senatorskie i poselskie fotele dobrze wszak robią na arogancję, a ministerialne to już w ogóle! Zresztą w pewnym wieku można sobie pozwolić na nazywanie rzeczy po imieniu, ku młodzieży wychowaniu. Taki to styl krakowski. Ale znają go nawet w Rosji: wysoko sidisz, grubo kriczisz. Dał nam przykład Legutko, jak pyskować mamy. Nie po to się w mieście robi karierę, żeby potem swego głośno nie mówić. Znaczy tego, jaka jest prawda, święta prawda. Kto smarkacz, a kto zboczeniec. I co mi kto zrobi? Tylko że potem się wypada z towarzystwa i zamiast zażywać uwielbienia matron, trzeba się zadowolić tuzinem zgiętych w pół sekretarzyków. Jaka to przyjemność wiedzieć, że choć wszyscy się kłaniają, to mówią o nas jak najgorzej. Żadna. Lepiej więc brnąć do góry, żeby za karę płaz jeszcze bardziej się płaszczył. Pan Profesor Minister będzie łaskaw raczyć zaszczycić… Jestem wielki i samotny. Nikt mnie nie rozumie. Każdy tylko czegoś ode mnie chce, a jak by przyszło co do czego, to w łyżce wody by utopił. Gdybyż wiedzieli, jaki jestem naprawdę… Takie to są refleksje „naszych mniej wybitnych kolegów” (licentia poetica prof. Józefa Lipca) przy goleniu, mnie również nieobce.

Jarosław Gowin, jak mniemam, apetyt ma znaczny. Pikny do cudu (to Tetmajer), urodzony beniaminek, więc czemu nie? No ale wyżej ministra już tylko premier. Czy to możliwe, aby Jarosław Gowin naprawdę nim został? Może jak „zdereguluje”, a Tusk spełni swoją obietnicę odejścia, to rzutem na taśmę, w razie wygranych wyborów? Kto wie. Oj, cicho, cicho, żeby nie zapeszyć. Otóż, dzięki Wszechmogącemu, scenariusz to raczej bajkowy. Dla Tuska Gowin to haracz zapłacony za utrzymanie skrajnie prawicowego skrzydła partii. Taki książę, którego na królewskim dworze przyjmuje się z honorami, lecz z całego serca nie cierpi. Z punktu widzenia premiera Gowin to przedstawiciel „onych”, czyli „czarnych” i „oszołomów”, tyle że trochę znośniejszy niż ci od Jarka K. Gdyby miał go namaścić, to chyba smołą. Cała nadzieja w tym, że się Gowin na tej sprawiedliwości sam wyłoży albo go palestra zagra na śmierć w swoich gierkach. Tusk też swoją partię rozgrywa jak podwórkowy meczyk. Parę kiwnięć i brama. A Gowin w szefa zapatrzony, nie wie, gdzie gała poleciała, więc go szef tym łatwiej ogra.

Tusk Gowinowi na nic. Trzeba Tuska kochać, podziwiać i przeczekać. Byle się utrzymać, postawić na silnych prawników „obojga praw”, którzy coś tam sobie ugrają, ale w zamian ostrzegą i osłonią (z bożą pomocą, ma się rozumieć). Byle w mediach nie podpaść, nie dać się wystawić. Wtedy może jakaś wojenka o schedę za trzy lata? Niestety, szabelek mało i jakieś takie cienkie. Bo partię to trzeba za pysk. Tu nie ma miejsca na sentymenty i skrupuły, a Gowin może i grzeczny już nie jest, ale żeby zaraz twardziel? No i przydałoby się jakieś poparcie. Członkowie PO tymczasem do kościoła może i chodzą, ale nic ponadto. Co do wyborców zaś, to jak już trzeba być skrajną prawicą, lepiej nią być z Jarosławem Polskęzbawem niż z Gowinem, co pod Tuskiem służy. Na Kraków może i wielbicieli gowinowych wystarczy, ale na „głęboki teren” to za krótkie nogi.

No ale czemu ja się tak pastwię nad Gowinem? Ano dlatego, że będąc ministrem sprawiedliwości już kilka miesięcy, nadal się nie dowiedział, jak skonstruowane jest państwo demokratyczne i jaka jest rola jego resortu i jego samego jako ministra. Kultura prawna w Polsce jest na poziomie magla, ale żeby minister był jak ta maglarka, tego zmilczeć się nie da. Otóż mamy w demokracji podział władzy. W ramach tego podziału władza sądownicza zajmuje się wykonywaniem i stosowaniem prawa (czasem też jego interpretacją i oceną), a władza ustawodawcza (sejm) jego tworzeniem. System wprawdzie szwankuje, bo prawo tworzy u nas głównie rząd, niemiej jednak szczytem zepsucia jest wtrącanie się do procesów legislacyjnych akurat przez tego ministra, który odpowiada za nadzór nad stosowaniem prawa przez wymiar sprawiedliwości. No, chyba że chodzi o ustawy ułatwiające pracę sędziom, a więc o własny resort ministra. Wtrącanie się do spraw innych resortów przez ministra sprawiedliwości, forsowanie swoich projektów legislacyjnych przez osobę mającą strać na straży rozdziału administracji od władzy sądowniczej i legislacji, jest przejawem tyleż arogancji, co ignorancji. Do szkoły-ć, WOSu się uczyć, a nie w ministry!

Mogę jakoś wybaczyć Gowinowi, że nie złożył mandatu poselskiego, gdy został ministrem (jakkolwiek powinien był to zrobić), ale wyjeżdżanie co i rusz z projektami politycznymi i jeszcze przechwalanie się tym, jest nie do zniesienia. Niechaj sobie zawody „dereguluje” minister pracy, w pisk mrożonych zarodków niechaj wsłuchuje się minister zdrowia, a lesbijstwo w konwencjach o ochronie kobiet przed przemocą domową demaskuje minister od równego statusu – minister sprawiedliwości ma swoją powściągliwością w politycznych aspiracjach dawać społeczeństwu najlepszy przykład, na czym polega rola strażnika praworządności z ramienia rządu. Na pewno nie polega na „byciu wyrazistym”, „wcielaniu w życie własnych poglądów, z mandatu wyborców” i reformowaniu państwa. Nie ten stołek, proszę pana.

11.04.2012
środa

Wsi moja!

11 kwietnia 2012, środa,

Jak to mówią, święta, święta i po świętach. Pojedli, popili, ponarzekali. Chamstwo w państwie! Tusk i ta cała platforma to banda złodziei. Unia nasz oszukuje a ruskie zamordowały nam prezydenta. Ropa droga, nie ma z czego żyć. Modlić się trza do Matki Przenajświętszej. Może to co da?

Nastroje na wsi, jak zwykle, bojowe. Dopłata do malinek i pralinek, na książeczki, ołóweczki, na chodniczek i na płotek – gdzie tylko spojrzeć, tam głupi szkop z angolem płacą i jeszcze chcą przy tym płaceniu nas oszukać. Bo swoim więcej dają. I to o ile! Nie bój się. Nie dość, że frajerzy, to oszuści.

Oj, płacą, płacą. Żeby się w Unii wyrównało, żeby chłop nie powstał i z pomidorem na Brukselę nie poszedł. Drogi ten spokój. Na same tylko dotacje do upraw miliard euro rocznie dla samej tylko Polski. Jak się tych frajerów robi u nas w bambuko, to sobie przeczytaliście u Joanny Solskiej w świątecznej Polityce. Żadne tam incydenty. Raczej norma. Ale na południu jeszcze lepsi. Plastikowe drzewka oliwne, żeby ogłupić satelitę i nuże euraszki od miastowych ciągnąć. Chłopski spryt i chłopska zuchwałość są niezrównane. Z powodu braku teatrów na wsi chłop pita nie płaci, więc i pole do fantazyjnych wyłudzeń ma szczególnie rozległe. Zresztą dostaje nawet za nic nierobienie. Wystarczy, że ma łąkę albo las. Wyłudzenia to zresztą niewinne, jak niemowlęta, boć chłop zawsze ma krzywdę i tylko się broni, do winy żadnej z natury swej jest przeto niezdolny. A jakby już jednak zawinił, na ten przykład za dużo wypił, to idzie i się wyspowiada, i ma odpuszczone i nikomu już nic do tego. Systemik jak się patrzy, nie ma co.

Klasa uprzywilejowana tak już ma, że traktuje swoje przywileje jako oczywiste, a jeśli już nieoczywiste, to zbyt małe. Arystokraci i szlachta uważali, że są ostoją państwa i wszelkiego ducha, a dziś chłop nie inaczej. Onże solą ziemi, miasta karmicielem i cnót wszelakich i narodowych krynicą. I skrzywdzon jest straszliwie, bo zboże z Chin kupują, bo pogody nie było, bo w skupie mało płacą, bo Kościołowi chcą zabrać, a autobus to już zabrali. I na tej krzywdzie pną się mury nowych domów, samochody już na podwórzach się nie mieszczą, anteny satelitarne ciągną prądy do plazm i w ogóle przystrzyżone, wygolone, wybetonowane, wyrżnięte, obalone, pomalowane, wykostkowane – gorzej jak w mieście. Z tej biedy, z tych kredytów krwawniczych, z tego Tuska. A już najgorzej winna temu wszystkiemu jest ta Unia. A co, może jeszcze mamy być wdzięczni za te ochłapy? Za to, że nam wolność zabrali, że nam narzucają, nas ateizują przeciw Bogu, że w Iranie musimy ginąć? Oni głupi nie są. Interes mają. Wiedzą, że jak co, to ich polski chłop wyżywi. To cwaniaki są, szkopy nie w ciemię bici.

Gdy tak sobie po tych wsiach, to mi się marzy być chłopem. Dom z ogrodem na wejściu, a nie na wyjściu. Samochód, godzinka drogi do teatru, za wsią zielono i ładnie, śmieci poszły w las, więc czysto, sklepy co sto metrów, psy na łańcuchach. Megafon z kościoła daje na kilometr, ale można by się przyzwyczaić. Dyskoteka rąbie na drugi kilometr, ale można by się przyzwyczaić. Pijacy ryczą i się zataczają, ale można by się przyzwyczaić. Ale kto mi da jaką dopłatę albo choć od pita uwolni, żebym tam sobie gdzieś przycupnął w małym domku, w pół drogi między plebanią i dyskoteką?

31.03.2012
sobota

Głodu, głodu

31 marca 2012, sobota,

Polityczny surreal w natarciu! Do bohaterskich bojowników o wolność, głodujących w reżimowych więzieniach, od Chin po Białoruś, dołączyli „dawni opozycjoniści z czasów PRL”, urządzający protest głodowy w sprawie rzekomej likwidacji lekcji historii w liceach. Oczywiście, naszym rejtankom nic a nic nie przeszkadza, że nikt nie likwiduje lekcji historii. Uczniowie będą mogli wybrać większy kurs historii lub mniejszy, acz i tak bardzo obszerny, kurs „Historia i społeczeństwo”, łączący tradycyjną historię polityczną z wiedzą o dziejach kultury i formacji społecznych. O co więc chodzi w tej całej hucpie, podsycanej przez partie skrajnej prawicy? O co ta bezwstydna histeria i moralny szantażyk głodowy w formacie bulwarowej groteski? Ano o to, że niezawodny bogoojczyźniany nochal wyniuchał, że może na tych lekcjach „… i społeczeństwa” nie będzie ciągle i tylko o chwale oręża polskiego, bohaterstwie przodków, bezprzykładnej martyrologii i świętym sojuszu Narodu z Kościołem, ale może (strach wspominać!) jakaś liberalna zaraza. I ma rację, nochal niewyjęty!

Reforma programowa jakoś nie przewiduje wprowadzenia do szkół filozofii, o co wnoszą najedzeni filozofowie od dziesięcioleci. Może by pomogło jakieś małe harakiri w Alejach Szucha? Pomyślimy o tym, a na razie popatrzymy na rozwój wypadków w sprawie licealnej historii. Moje przewidywania są następujące. Absurdalność i kompletna bezprzedmiotowość „głodówki krakowskiej” sprawi, że reforma będzie taka, jak minister ogłosił. Niemiej jednak prawicowy rząd i jeszcze prawicowsze ministerium narodowej, było nie było, edukacji, dobrze odczyta podtekst żądań starszych braci w prawicowości i tak to wszystko urządzi, żeby historia Polski XX wieku trafiała pod młode czerepy w formacie „endecja lajt”, czyli generalnie w obrazkach czarno-białych (oni-my) z dodatkiem czerwonego (nasza flaga, nasza krew i źli komuniści), ze stosownymi, jakże szlachetnymi i roztropnymi przemilczeniami. Broń Boże, żadnych hańb i win, żadnych tam agresji to tu, to tam, żadnych dwuznaczności. Tu my, Naród Katolicki, walczący o przetrwanie, o wolność i wiarę, a tam oni – Ruscy, Niemcy, komuniści i inna hołota. Myślę, że na następne dwadzieścia lat głodni opozycjoniści z czasów PRL mają to jak w banku, a syci niby-opozycjoniści, spod znaku czerwonego KOR-u i „doradców” Solidarności, mogą się wypchać sianem albo spadać do Izraela, jak im się, kurna, nie podoba.

Doceniam nieśmiałe próby ministerstwa i z góry rozgrzeszam Panią Minister z niepowodzenia. Nawet znacznie silniejsze od naszej demokracje nie potrafią sprostać zadaniu uczciwego nauczania młodzieży najnowszej historii narodu. Zbyt silna jest pokusa i zbyt silna tradycja używania lekcji historii do celów propagandowych. Można co najwyżej się starać, żeby ta propaganda nie była zbyt nachalna. Tym bardziej, że jak nie będzie nachalna i prostacka, to może nawet będzie skuteczniejsza. Może to i dobrze, że polskie szkoły nie nadążają z „przerobieniem” historii najnowszej, z powodu zbliżających się egzaminów. Kto wie, czy nie był to sposób na ominięcie niebezpiecznych raf? Teraz jednak zapewne już nie będą mogły się migać. Współczuję nauczycielom historii. Może powinni dostawać jakiś dodatek za pracę w warunkach konfliktu sumienia?

25.03.2012
niedziela

Liam Neeson i spełnione sny

25 marca 2012, niedziela,

Trochę nie pisałem, bo bywałem w świecie. Lecąc sobie z Paryża (a jakże!), otwieram sobie Newsweeka, a tam na całą stronę portret Liama Neesona. Te oczy… Nie żebym tu zaraz robił coming out, ale coś w ten deseń. Jestem z tym pięknym panem w stosunkach bliskich, acz skrajnie niesymetrycznych. On nic nie wie o moim istnieniu, a ja przecież za jego sprawą łykałem gulę młodzieńczego wstydu i upokorzenia. Jakiż mały się czułem, gdy Liam Neeson tak stał nade mną w kapeluszu, z nic nie mówiącą twarzą. Albo wtedy, gdy w dżinsach i z grzywką obtańcowywał i obcałowywał najlepsze dziewczyny na parkiecie, a ja podpierałem ścianę, nie mając nawet do kogo otworzyć gęby.
Mój wielki świat zaczął się w roku 1987 od Paryża, gdzie przez dwa miesiące mieszkałem i pracowałem, nawet nie tylko fizycznie, z narzeczoną u boku. Wracałem do PRL w stanie paraliżu estetyczno-egzystencjalnego, w dodatku z jakąś lewizną w bagażu, a więc i z duszą na ramieniu. Paryski sen rozwiał się już na Okęciu, a może dopiero w magicznym autobusie 175, łączącym dwa światy ulicą Żwirki i Wigury? Dziś czuję się w Paryżu jak człowiek i wracam stamtąd z radością, do mojej kwitnącej ojczyzny. A to tylko ćwierć wieku! Jesteśmy najszczęśliwszym pokoleniem – podbiliśmy Paryż!

Zanim to jednak nastąpiło, wielki świat odsłaniał się przede mną w różnych zaskakujących epifaniach. Praca na czarno, włóczęga, studenckie pokoiki, tu i tam. Wielkie patrzenie od dołu. Jednakże objawienie najbardziej wstrząsające miało twarz właśnie Liama Neesona. Równo dwadzieścia lat temu kręcono na terenie dawnego obozu w krakowskim Płaszowie sceny do filmu Spielberga „Lista Schindlera”. Miałem wielki fart – Lew Rywin, współproducent tego obrazu, kochana gruba fisza z cygarem w zębach, zatrudniał mnie w ekipie filmowej w roli „stacza”, czyli osobnika, który staje przed kamerą w czasie ustawiania świateł i rekwizytów, celem oszczędzenia sił aktora, odpoczywającego w swojej przyczepie-garderobie. Jedyna kompetencja stacza to oprócz umiejętności stania – dokładnie ten sam wzrost, jaki ma jego aktor. Ja zastępowałem Bena Kingsleya, aktora wielkiego, acz nikczemnego wzrostu, grającego tam księgowego Izaaka Sterna. Liam Neeson grał zaś samego Oskara Schindlera i też miał swojego stacza, Amerykanina, który owego szczególnego dnia jakoś nawalił. Neeson sam więc sobie musiał być staczem. A plan nie był łatwy – było już ciemno, a scena przedstawiała dwóch mężczyzn rozmawiających w świetle reflektorów ciężarówki. Ustawienie lamp w taki sposób, aby wydawało się, że to właśnie owe reflektory oświetlają plan, jest trudnym zadaniem. Dlatego wyjątkowo długo, bo co najmniej przez dziesięć minut musieliśmy stać w pozycji scenicznej, zanim Spielberg i Kamiński uznali, że to, co pojawia się w oku kamery wygląda dostatecznie filmowo. Stanęliśmy w ciszy, w dziwnym świetle żółtych reflektorów naprzeciw siebie – on i ja. Liam Neeson w pięknym kostiumie, zabójczo przystojny, w kapeluszu, wysoki czterdziestolatek. I ja – obszarpany, chudy dwudziestopięciolatek z prowincjonalnego miasta wschodniej Europy; słowem zero. Oskar Schindler miał tu za chwilę rozmawiać z Izaakiem Sternem, więc i my musieliśmy stać patrząc sobie w twarze, jak to czynią rozmówcy. No i staliśmy. Bez jednego słowa, bez jednego uśmiechu, bez najmniejszej choćby interakcji ludzkiej – przez dziesięć minut co najmniej. Nie było żadnego „hi!”, żadnego „thanks” – plebs miał zakaz odzywania się do aktorów, a zakaz ten jakoś spontanicznie rozciągał się na drugą stronę. Żelazna kurtyna między nami. Egzystencjalny skandal: patrzenie sobie w oczy, stanie twarzą w twarz, a jednak całkowicie puste i pozbawione znaczenia. Wyobcowanie zabsolutyzowane, nie dające się przezwyciężyć nawet przez nagość ludzkiej twarzy i wymowność ludzkich oczu. A kilka dni później był bal dla ekipy w pewnym lokalu koło rynku. Ten sam Liam Neeson, znany mi w postaci Oskara Schindlera, odzianej we wspaniałe garnitury i płaszcze, teraz w dżinsach i z grzywką…

Tak się złożyło, że dwa miesiące później byłem w Nowym Jorku. Zbierałem z ulicy nadpsute owoce i kupowałem obrzydliwe zimne hot dogi za pół dolara. Zachwycony i szczęśliwy obywatel świata is spe. Nie wiem, kiedy to się naprawdę stało. Pewnie nie tak dawno. Ale dziś patrzę w przystojną twarz Liama Neesona i w te same oczy na zdjęciu bez cienia wstydu ani upokorzenia. I jestem pewien, całkowicie pewien, że gdybym znowu był staczem i musiał patrzeć w te oczy na żywo, tak jak wtedy, byłoby już normalnie i po ludzku. Wszyscyśmy jakoś dorośli i świat razem z nami.

15.03.2012
czwartek

Kościół lubi dzieci

15 marca 2012, czwartek,

Jak wiadomo, Kościół lubi dzieci. Nawet bardzo i to bardzo bardzo. Nie tak jak budowlańcy z taksówkarzami, lecz o wiele, wiele bardziej. Preferujący czarne i zwiewne stroje miłośnicy dzieci jak świat długi i szeroki trafiają dziś pod sądy. Nie tam jakieś „pojedyncze przypadki”, jak u nas, jakieś jednostki czy tuziny, ale setki i tysiące, każdego roku: w USA, w Niemczech, Wielkiej Brytanii i innych krainach przejętych już skutecznie przez wiadomo kogo. A jako że oni tak lubią te dzieci w związku z wykonem swoich nabożnych obowiązków, korzystając ze swej nabożnej władzy i autorytetu, a nierzadko i pomieszczeń instytucji, która głosi, że jest święta, bez wglądu na to, co czyni, sądy zasądzają słone odszkodowania. Tak to już bowiem jest w niekanonicznym „prawie” (lex Tusci tfu, tfu), że za występki pracowników instytucji współodpowiada owa Bogu ducha winna instytucja, jeśli występek ów miał związek z jej infrastrukturą i organizacją jej pracy, a zwłaszcza, gdy instytucja ta grzeszek ukrywała i utrudniała jego ściganie. A instytucja, o której mamy przyjemność mówić, uparcie i skrycie, aż do ostatnich czasów, gdy została postawiona pod pręgierzem i nie miała wyjścia, dzieciolubstwo ukrywała jak mogła, boć przecież jest święta. Ukrywała, więc teraz płaci.
Stojąc już pod tym pręgierzem, szefostwo nakazało oddziałom krajowym „coś z tym zrobić”, wielkodusznie oświadczając, że księży-pedofilów będzie się odtąd zgłaszać organom, jakby w ogóle wchodziło w grę, że można by postępować inaczej (czyli tak jak postępowano zawsze). Zgodnie z zaleceniem, nasz oddział krajowy właśnie zajął stanowisko. Osobnik obdarzony zaczątkami kultury moralnej, taki jak ja, mógłby na wieść o owym stanowisku paść jak przecinek, ale na szczęście chwyta się stołu. Stanowisko brzmi: zero tolerancji dla pedofilów, których będziemy wywalać z roboty, ale na kasę, drogie ofiary, nie liczcie. Normalnie łachę zrobili jak z Żoliborza do Siekierek: pedofilów będą z roboty wywalać! Po prostu, normalnie, święci. Jak mi się wydaje koledzy myślą, że to od nich zależy, czy będą wypłacać odszkodowania, czy nie. Śpieszę panów poinformować, że takimi sprawami zajmują się u nas sądy. I pewnie się zajmą, bo fala z bezbożnego Zachodu z opóźnieniem, ale nadchodzi. Pierwszy, drugi, dziesiąty proces i któryś sędzia pęknie i zasądzi, mason jaki. A wtedy Święty Boże nie pomoże – przydadzą się te odszkodowania, co to piąty raz za tę samą ziemię Tusk zapłacił albo ten hektarek wyceniony przez Czcigodną Komisję Majątkową na 10% rzeczywistej jego wartości.
Jako adept etyki, w dodatku obdarzony wrodzoną synderezą, czyli tzw. protosumieniem, chętnie (za małą opłatą) wesprę kolegów z episkopatu jakąś małą prelekcją z gatunku „ABC etyki”. Mógłbym na przykład podpowiedzieć, co trzeba robić, żeby odegrać „etyczniaka” w sprawie pedofilii. O czym bym mówił na prelekcji (przecież nie będziecie kupować kota w worku!)? No więc najpierw powiedziałbym, że ściemniając na etyczniaka, trzeba by najpierw wyrazić ubolewanie w stosunku do ofiar, przeprosić je i oświadczyć, że Kościół w żadnym wypadku nie wypiera się współodpowiedzialności za grzechy pedofilii księży oraz grzechy pedofilii tej ukrywania. Uczyni wszystko, aby wyświetlić sprawy, które da się jeszcze osądzić, otwarcie współpracując z organami ścigania i wymiarem sprawiedliwości. Ofiary księży-pedofilów prosi i namawia, by ujawniały swoje krzywdy. Ponadto tworzy fundusz na poczet prawdopodobnych przyszłych odszkodowań, które będzie chciał wypłacać, jeśli to możliwe, w ramach ugody. No, to tyle tytułem trailera. Więcej po podpisaniu umowy na wykład.

PS. A co by były, gdyby tak się okazało, że inna globalna firma, dajmy na to taki McDonald, tak ma, że od dziesiątek lat na zapleczu jej pracownicy molestują dziatwę, co przyszła na hamburgera z frytkami? Płaciłaby czy nie? A przetrwałaby w ogóle?

PS. Biskup Mering powiedział niedawno w homilii, że nie będzie przede mną klękał. Ciekawe, o co mu właściwie chodziło?

8.03.2012
czwartek

Meczu, meczu i po meczu

8 marca 2012, czwartek,

Nawet ja, piłkarski profan i tępak ściskałem wątłe piąstki w oczekiwaniu na chrzestny goool „naszych chłopców”, na Naszym Stadionie, na naszej dumie, na naszej Naszości Euro-Narodowej. A tu nic, lecz nic to, bo wszak nie przegrać z Portugalią, to prawie jak trafić w totka.

„Gol nie padł. Opatrzność chciała inaczej i dała nam znak, zadała nam zagadkę, którą teram my musimy rozwiązać. Co chciała nam powiedzieć Opatrzność, nie dozwalając, abyśmy ani sami, ani nasi przeciwnicy wyszli zwycięsko z tego pierwszego sportowego starcia na naszym nowym narodowym stadionie? Czy Opatrzność nie chciała nam podpowiedzieć, że być może to nie gole są najważniejsze, lecz sam duch sportowej rywalizacji, sama radość młodości i radość sportu, gdy to młode męskie ciała, płonące od gorącej krwi, lśniące potem i brylantyną na chwałę Bożą tak tryskają zdrowiem i sprawnością. Ciała młodych chłopców z dwóch tak odległych od siebie, lecz pospołu Boga miłujących krajów, dwóch Cór Kościoła: Polski i Portugalii, ten sam znak krzyża czyniące wbiegając na sprężystą murawę. Nie o wynik tu może chodzi, lecz o piękno samej gry, o piękno sportowej rywalizacji, o piękno przyjaźni tych młodych dzielnych mężczyzn, naszych najlepszych synów, naszych chłopców.”

W takim duchu należałoby kazać, gdyby ubogacające obie strony kazanie zamówiono. Gdyby jak wszystko, co narodowe, i tu zaczynało się lub kończyło mszą. Ale guzik z pętelką! Na te imprezę, choć narodowa, naszych duchowych opiekunów nie zaproszono. Bo zaiste inna to jest narodowa świątynia, nie katolicka. Panu Bogu ogarek a diabłu świeczkę. Tam marnych parędziesiąt milionów na waszą Świątynię Opatrzności czy inną katedrę Nowego Średniowiecza – tu miliardy na naszą prawdziwą, narodową wiarę i jej nowy przybytek. Oto wzniósł lud sanktuarium swej wiary i swej nadziei. Na chwałę swoją i Wielkiej Piłki. Kapłani może i podli, może i skorumpowani, lecz Piłka nasza jest i Piłce będziemy wierni. Wokół Piłki gromadzi się lud, przy Piłce jest u Siebie, na cześć Piłki wzniesion Przybytek Narodowy. Jaka siła, jaki entuzjazm w religii Piłki, Polskiej Piłki! Jakie tłumy wiernych, jaka zgoda i harmonia rządzących i rządzonych, jaka hojność Narodu i jakiż przepych Świątyni!

Gdyby potrzeba było kapłana, by obustronnie ubogacił Uroczystość Meczu, chętnie się piszę. Opowiedziałbym o Cudzie Świątyni. Nie wszyscy wszak jeszcze wiedzą, jak narodził się, u zarania Polski, nasz Stadion Narodowy. Gdy Mieszko, książę polański, otrzymał pierwsze podanie z nogi Ottona, na dworze gnieźnieńskim, pociemniało niebo. Pośród piorunów i wichrów spłynął z Wysokości Marsjańskich wielki statek w kształcie kosza na jajka, obleczony białą i czerwoną szarfą. Statek usiadł na brzegu Vistuli, u chaty szlachetnego Warsza, pośrodku ziem orężnym ramieniem Mieszka zebranych, w kraju Mazovii. Ze statku wyszedł posłaniec Piłki, wielki i zielony. I rzekł te słowa pamiętne: oto jestem, Gość z Marsa, wysłaniec Piłki. Przybywam do ciebie Mieszku, i do ciebie, szlachetny narodzie polski, tak bardzo przez historię doświadczony, by w nagrodę za Mieszkowe nawrócenie dać wam święte piłki, które w tym oto koszu, na brzegu modrej Vistuli czekają na was. I zaczął się schodzić lud nawrócony i kornie chyląc głowy odbierał piłki, które Marsjanin dawał im z Wielkiego Kosza. I dziękował lud, i odchodził, każdy do chaty swojej. A gdy już wszystkie piłki, niczym święte jaja z Wielkiego Kosza, wydane zostały, rzekł jeszcze Posłaniec: oto i wszystkie piłki zostały wam wydane. Abyście gdzie grać mieli, pozostawiam wam ten Wielki Kosz z białymi i czerwonymi szarfami. Będzie się odtąd zwać Stadionem Narodowym. Lecz na chwałę moją i Piłki zagracie na nim wtedy dopiero, gdy przyjdzie do was piękna niewiasta i powie wam: „jam jest Ministra i ja wam grać każę”. I oto wypełniło się proroctwo.

28.02.2012
wtorek

Profesur to ma klawe życie!

28 lutego 2012, wtorek,

Mój ojciec był profesorem co się zowie. Jeździł taksówkami i chodził do empiku na Plac Kościuszki we Wrocławiu czytać „Le Monde”. A nawet latywał to tu to tam po świecie, chyba że akurat podpadł bezpiece i miał szlaban. Latywał też do Warszawy na różne tam naukowe posiedzenia w PAN etc. i czasem mnie ze sobą zabierał. Huczący turbośmigłowiec produkcji radzieckiej unosił nas wysoko ponad socjalistyczną ojczyznę a piękna stewardessa pochylała się nade mną z tacą pełną półksiężycowatych cukierków w przezroczystym celofanie: żółte były cytrynowe a pomarańczowe – pomarańczowe. Sięgałem po nie z niejasnym poczuciem grzechu. Intensywne ssanie odtykało uszy a słodycz zalewała gardło i serce malutkiego mężczyzny. Po wylądowaniu braliśmy taksówkę z Okęcia do Pałacu Staszica albo na Plac Dzierżyńskiego, do hotelu. Ojciec sadowił się wygodnie na kanapie luksusowej Warszawy, zapalał carmena, a ja przylepiałem nos do szyby, chłonąc oczami splendory stolicy. Oglądaliśmy tam kiedyś, jak dźwig osadzał na wieży Zamku Królewskiego wielką kopułę, a innym razem delektowaliśmy się cudami techniki na nowo otwartym Dworcu Centralnym: ruchomymi schodami i rozsuwanymi drzwiami na fotokomórkę. Był wielki świat, nie to, co teraz.

Dziś już sobie w taksówce nie zapalisz, a na posiedzenia profesor Hartman junior jeździ do Warszawy pociągiem, klasą drugą. Z carskiej rewerencji dla profesorów, odziedziczonej przez ZSRR i zaszczepionej rządcom naszych „demoludów”, niewiele już zostało. Można powiedzieć, że ojciec był profesor pierwsza klasa, a ja profesor druga klasa. Zawsze to jednak coś.

Piszę o tym wszystkim – nie zgadniecie – w związku z planowaną nareszcie reformą emerytur. Otóż profesor, nawet ten drugiej klasy, ma tak dobrze, że o żadnej emeryturze nie chce słyszeć. Wywalczyliśmy sobie prawo do nieprzechodzenia na emeryturę w wieku 65 lat i pracowania jeszcze przez pięć. A gdy już zbliża się siedemdziesiątka, rozdrabniamy się nad miesiącem szczęśliwego rozwiązania ciąż naszych macierzy, bo od tego zależy, czy bezduszni biurokraci wyślą nas na emeryturę już teraz zaraz, czy może dopiero po zakończeniu kolejnego roku akademickiego. Gdy jednak przychodzi The Day i musimy odejść, to udajemy się na kawę do rektora, w nadziei użebrania jeszcze roczku na połóweczce etaciku. Na odczepnego dostajemy jeszcze semestrzyk i nuże szukać sobie roboty u prywaciarza, bo tam wolno zatrudniać emerytów. I tak ciągniemy do 75 albo 85, aż nam wyżre synapsy ze szczętem. Robota polega na tym, że raz w tygodniu zasiadamy za stołem w sali wykładowej i ględzimy trzy po trzy do tuzina osobników zajętych swoimi komórkami, za co nam należy się cztery kawałki, a obecnym i nieobecnym na wykładzie pięciu tuzinom wnusiów dyplom pedagoga albo innego ekonoma. Żyć nie umierać.

Ja bardzo proszę Pana Premiera, żeby w swojej reformie emerytalnej nie zapomniał o nas, profesorach, i w ramach wspierania nauki polskiej zechciał nie podwyższać nam wielu emerytalnego, lecz w drodze wyjątku wręcz obniżył go o trzy lata.